![]() |
Nauczanie - Homilie
BOŻE NARODZENIE | CHRZEST PANA JEZUSA | PRAWO I DUCH | KUSZENIE JEZUSA I ..... KAŻDEGO CZŁOWIEKA
BOŻE NARODZENIE PASTERKA 1956
Zrezygnowaliśmy dzisiaj ze snu, aby na głos, jakby z zaświatów brzmiących dzwonów, zebrać się w głębi nocy przed ołtarzem naszej świątyni. Noc na ogół nie miała i nie ma dobrej sławy u ludzi. Ona osłaniała wiele grzechów i zbrodni, ona czyhała i czyha tysiącem niebezpieczeństw na niewinne i bezbronne istoty. Ale ta noc, której rocznicę dzisiaj obchodzimy, była zgoła inną nocą niż wszystkie pozostałe. Ona odsłoniła ludzkości przepaść światła Bożego, przepaść miłości Tego, który jest sam z siebie, Najwyższego. Tej nocy spełniły się tęskne oczekiwania niezliczonych pokoleń tonących w czarniejszych niż noc mrokach duszy. To noc błogosławiona przez ludzi i narody 1956 lat naszej ery. To największa i najświętsza noc świata. Przedwieczne Słowo-Bóg stało się i zamieszkało między nami jako Dziecię, jako nasz brat, a potem nauczyciel, kapłan i wódz, a w końcu zwycięzca największych potęg niewolących duszę człowieka... Teologowie i myśliciele odrzucali kategorycznie te łaski i dary, które znalazły się w betlejemskim żłóbku, ale daremne to były wysiłki. Darów Jezusa nie da się ująć w ramy najuczciwszej statystyki, są one nieskończone. Jeżeli powiemy, że wszystkie najszczytniejsze ideały zawdzięczamy Chrystusowi Panu, przesady nie popełnimy, ale i wtedy nie sięgamy dna tego skarbca, bo głębie Ewangelii nie zostały jeszcze i nie zostaną wyczerpane. Bóg bowiem jest nieogarniony i nieogarnione są Jego dzieła i nieprzebrane dary. Powołujemy na pomoc symbole. Nieprzebrane bogactwo i różnorodność darów Betlejemskiej Nocy mają wyrażać nasze wdzięcznie jarzące się światłem i obsypane ozdobami choinki i te prezenty gwiazdkowe i te wyjątkowo suto zastawione stoły. Wspaniałomyślność Boga i darów Betlejemskiej Nocy unaocznić nam mają wspaniale i odświętnie przyozdobione kościoły - jaśniejące blaskiem świec i lamp, przepełnione wonią choinek, połyskujące bielą szat liturgicznych, osnute dymem kadzideł, rozbrzmiewające głosem dzwonów i cudną melodią kolęd. Ale i te urocze znaki dają nam zaledwie nikły obraz Bożej rzeczywistości. Może najlepiej tę niepojętą w swej głębi treść odtwarza symbol naszego białego opłatka, którym dzieliliśmy się przed paroma godzinami ze swymi najbliższymi i przyjaciółmi. A oto jego wymowa: wielki, nieskończony, samoistny Bóg dzieli się swoją istotą, swym Bóstwem, swym Sercem ze swymi grzesznymi stworzeniami. Ten opłatek przemienia się na Ostatniej Wieczerzy w Niego samego i staje się pokarmem ludzkich serc... Bóg stał się człowiekiem, a potem staje się chlebem, aby uczynić dzieckiem swoim, poniekąd Bogiem. Toteż bez wątpienia najgłębiej dzisiejszą Noc przeżywają i pojmują ci, którzy się z Nim tej Nocy zjednoczą w tajemnicy Eucharystii. Oni, poprzez przestrzeń wieków najlepiej ujrzą blask ogarniający stajnię betlejemską i najlepiej usłyszą owe cudowne pienia aniołów. Ale i wszyscy inni chrześcijanie, nawet zaniedbani i chwiejni, ulegają czarowi tej świętej Nocy. A pod jej kojącym i błogim tchnieniem zapalają się w nich iskry światła, odzywa się nuta radości i optymizmu. Jak pod tchnieniem wiosny rodzą się kwiaty, rodzi się w tych sercach pokój, życzliwość, wyciągają się dłonie powaśnionych, a w sercach zasmuconych jawią się łzy radości. Ta Noc naprawdę niesie to, co obwieszczali aniołowie: "Chwała na wysokości Bogu..." Pokój! - jedność, życzliwość. Jeżeli w duszach nawet obojętnych dla spraw Bożych i ludzkich rodzą się tak piękne uczucia i prądy, to cóż się wtedy dzieje w sercu kapłana-duszpasterza, dla którego chwała Boża i dobro człowieka są codzienną troską, niepokojem i radością. Jeżeli nawet w najbardziej powszednie dni przepełniony bywa najgłębszą życzliwością i oddaniem, to w blasku tej cudownej Nocy chciałby wszystkich swych braci przytulić do serca swojego i serca Bożego i wszystkich obsypać boskim darem wszelkiej pomyślności, radości i szczęścia. I to kapłańskie - najserdeczniejsze i najgorętsze życzenie mam zaszczyt dzisiaj dla was, drodzy, także w imieniu Arcypasterza naszego miasta i diecezji... Życzeniami tymi obejmujemy i was, czcigodni sędziwi staruszkowie, i was, drodzy rodzice i was, kochane dzieci, i was, droga młodzieży, i was zdrowi, silni, i was, cierpiący i chorzy, i was, którzy spełniacie swój obowiązek tygodniowy, i was, którzy ukazujecie się w świątyni tylko w wielkie uroczystości. Myślą i sercem ogarniamy cały nasz drogi naród i wszystkie narody świata, a zwłaszcza powiązany z nami węzłami wiary i umiłowania wspólnych ideałów, a obecnie tak bardzo cierpiący narów węgierski. Z piersi naszych płyną nurty najżyczliwszych i najserdeczniejszych dla was pragnień i życzeń. Ale w tej wzruszającej godzinie Pasterki nie można tracić z oczu realnego układu rzeczy. Wiem, że same życzenia nikogo nie uszczęśliwią i że na tym etapie szczęścia osiągnąć nie można. Można jednak i trzeba je do człowieka przybliżyć. Pytacie po raz tysięczny - jak? I po raz tysięczny odpowiadam wam, w imieniu Kościoła, z niezachwianą pewnością: jedyną drogą do szczęścia człowieka, narodów i ludzkości jest praca nad wcieleniem w życie programu Ewangelii z prawem miłości na czele, korzystanie ze źródeł światła i mocy płynących z modlitwy, Mszy św. i sakramentów św. Toteż dzisiaj ze szczególną gorliwością będziemy się modlić o to, by nasze życzenia stały się ciałem, rzeczywistością. Jeżeli w ostatnich miesiącach i tygodniach zajaśniało nad całym naszym narodem światło ewangelicznych ideałów prawdy, wolności, poszanowania człowieka i świętych tradycji ojczystych, to wiemy, że to była cudowna odpowiedź Nieba na pokorne modlitwy polskiego ludu, to zdziałały siły boskie wcielone w piersi i ramiona Polaków. Módlmy się pokornie i ufnie dalej, a jednocześnie pracujmy uczciwie na chleb i dostatek dla siebie i naszych braci, ale jednocześnie wchłaniajmy w siebie cudowne dary Nocy wigilijnej i pracujmy nad ich wcieleniem w nasze serca i stosunki społeczne - dary pokoju, jedności, sprawiedliwości, miłości Boga i człowieka. A wtedy ujrzymy jeszcze większe cuda w naszym osobistym i społecznym życiu. Oto program naszego dobra i szczęścia - oto szlak wolności i chwały naszej drogiej Ojczyzny. Pamiętajcie, drodzy, że Chrystus Pan nie tylko na Pasterce i Rezurekcji rodzi się cudownie na ołtarzach naszych świątyń, lecz także każdej niedzieli i każdego dnia - i dla was się rodzi, bracią wątpiący i opieszali. Czyżbyście po tylu doświadczeniach jeszcze sądzili, że godzina Mszy niedzielnej jest czasem bezużytecznie straconym? Tak, drodzy, tam w te powszednie niedziele odnawia się błogosławiony sojusz ziemi z Niebem, słabego człowieka z potężnym Bogiem. Dzisiaj wszyscy chcieliby być w roli pasterzy niosących Dzieciątku i Jego Najświętszej Matce dary ziemskie do żłobka. Podtrzymujemy ten szlachetny zryw naszego serca, wolę i swoją wierność oraz swój trud podjęty przy warsztacie pracy, wyzwolony w walce o realizację Ewangelii w swojej duszy, w swoim domu i w narodzie. Tam otrzymujemy błogosławioną moc do dalszej pracy. Tam będziemy wchłaniać dary Nocy Betlejemskiej, tworzyć jedność, rozpalać serca... Tam będziemy szukać dobra i szczęścia, którego sobie dzisiaj gorąco życzymy. I my czekamy na Ciebie, Pana,
CHRZEST PANA JEZUSA
Pismo św. rozróżnia chrzest z wody i chrzest z Ducha Św. i ognia. Mówi dzisiaj św. Jan: On was będzie chrzcić Duchem Św. i ogniem. Chrzest z wody - jak go nazywamy - był znany u Żydów jako jedna z form pokutnych, obok takich jak: składanie ofiar z baranów czy innych zwierząt, pielgrzymki, jałmużny i obmycie się wodą podczas jakiejś modlitwy. Ten rodzaj chrztu był znany także poza kręgiem kultury żydowskiej. Hindusi odbywają wielokilometrowe pielgrzymki na północ, które są marzeniem ich życia. I tam, w nurtach Gangesu, czynią ten znak-symbol: obmywają się wodą. Wierzą, że w ten sposób Bóg ich oczyszcza z winy. Reliktem chrztu z wody mogą być nasze pokropienia, poświecenia. Przed każdą sumą w kościołach pokrapia się wiernych wodą - piękny znak pokutny, który może budzić pewne refleksje i przeżycia religijne. Właśnie o Jezusie mówi się, że będzie chrzcić Duchem Św. i ogniem, i dzisiaj Kościół nam przypomina akt pierwszego chrztu z wody, z Ducha Św. i ognia. Jezus nie był zobowiązany wchodzić w nurty Jordanu i przyjmować chrzest z wody, ale przyjął go razem z tłumem. Nie chciał się wyróżniać, chciał wejść w ten tłum, aby zbliżyć się do niego także przez spełnienie tego rytu pokutnego. Ale właśnie wtedy, gdy Jezus wszedł do Jordanu, jak relacjonują trzej Ewangeliści, nad Jego głową rozbłysło światło, które skoncentrowało się i utworzyło wśród dalszych rozbłysków jak gdyby postać gołębicy nad głową Jezusa. I dał się wtedy usłyszeć głos: Tyś jest Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie. Tutaj zachodzi coś nowego, nieporównanie większego niż to miało miejsce przy symbolach pokutnych. Mianowicie zjawia się Duch Św., zjawia się ogień, ogień oświetlający, ogrzewający, rozpłomieniający. Jest to więc już chrzest inny, a właściwie pozostała tylko dawna forma, a treść jest już nieporównywalnie bogatsza. Tutaj Jezus pokazuje naocznie, niejako zmysłowo czym jest, czym będzie dla Jego wyznawców chrzest prawdziwy, sakramentalny, święty. Gdyby Jezus mówił tylko słowami, mógłby się ten znak zagubić gdzieś po drodze, mógłby przez jakąś dialektykę ulec jakiemuś spaczeniu, ale fakty o charakterze zwłaszcza wizualnym są bardziej jednoznaczne. I oto Jezus w Ewangelii uczy przeważnie faktami, swoją postawą, zachowaniem, a wtórnie także i słowami. Bo przecież Ewangeliści wszystkich słów nie zanotowali. Jezus teraz też uczy, czym jest, czym będzie chrzest Nowego Przymierza, Nowego Testamentu, chrzest z wody ale i z Ducha Św. i ognia. Właściwie taki chrzest przyjęliśmy my i przyjmują setki, tysiące dzieci i dorosłych. Już dzisiaj tych zewnętrznych zjawisk nie widzimy przy chrzcie św., dość jednak mamy wiary, ażeby uświadomić sobie, że tam dzieje się coś podobnego jak w Jordanie, że otwierają się niebiosa, że Duch Św. zstępuje do duszy takiego człowieka, że rozgrzewa, oświeca i rozpłomienia, oczyszcza jego duszę i Duch Św. mówi: Tyś jest moje dziecko umiłowane, tyś jest syn umiłowany, w tobie mam upodobanie, dotychczas byłeś tylko człowiekiem naturalnym, złożonym z ciała i ducha, ale przed chrztem nie było w tobie Ducha Św., tego ognia, tego światła i ciepła. Jeszcze byłeś cząstką natury, co prawda najwyższego rzędu, a oto przez chrzest włączasz się niejako w życie samego Boga, w życie Trójcy Przenajświętszej. Gdzie jest Duch Św. tam jest i Ojciec i Syn, jako że Trójca jest zawsze niepodzielna, zawsze jest jednością w wielości. I o to prosimy Cię przy chrzcie św. czasami z zewnątrz bardzo szarym i pustym. I z nami to się stało. Oczywiście, te wartości możemy znieważać, zabijać, sprofanować, możemy ze świątyni Ducha Św. w naszej duszy zrobić jaskinię zbójców. Możemy, choć nie powinniśmy. Ale mamy wszelkie zadatki, ażeby nasza dusza była świątynią Ducha Św. Warto wspomnieć i to, że jesteśmy ochrzczeni, choć nie pamiętamy tego momentu, że nie możemy zawieść przez te lata tej chwili, której niemal nie mogli dostrzec nasi rodzice i rodzice chrzestni. Coś wielkiego się stało i powinniśmy w ten sposób widzieć także sakrament chrztu, który przyjmują dzieci nasze i naszych przyjaciół. Należy ubolewać jak często ten znak pozostaje niezrozumiały, czasami sprofanowany. Jak wielu chrześcijan chrzci dzieci, bo taki jest zwyczaj, żeby mieć metrykę. Może wielu chrzci z jakiegoś przekonania religijnego, ale później go nie rozwija, nie stwarza warunków dla Ducha Św., Trójcy Przenajświętszej. Już zupełnie zapomina. Wielu po chrzcie św. urządza ucztę, nawet znieważa go alkoholem i to są bolesne sprawy. Niektórzy z różnych powodów odkładają chrzest. Chcieliby mieć bogaty, ale nie ma na tyle pieniędzy. To znów ktoś nie przyjechał. Wiele jakichś błahych okoliczności sprawia, że dziecka się nie ochrzci. Autentyczni chrześcijanie powinni dążyć do tego, aby dziecko jak najszybciej stało się świątynią Trójcy Przenajświętszej. W Kościele istniał zwyczaj, a nawet są sugestie, aby już około 2 tygodnia życia udzielić Chrztu św. (A. Mickiewicz był ochrzczony, jak głosi napis w nowogródzkiej farze, w niecałe trzy miesiące po urodzeniu). I wtedy, gdy dziecko zostanie ochrzczone, gdy nikt nie widzi (żeby nie być posądzonym o demonstracyjność czy sensacyjność), należy uklęknąć przed nim, a właściwie przed Bogiem, którego świątynią jest to dzieciątko.
PRAWO I DUCH 25 lutego 1973 (Mk 2,28-22)
"Czemuż to uczniowie Twoi ... nie poszczą?" Jezus "rewolucjonista", "anarchista"? Burzy Prawo? Nie anarchista, ale poniekąd rewolucjonista: nie znosi prawa, lecz je wypełnia. Pan Jezus wie lepiej od nas, że prawo ma doniosłe znaczenie, o ile służy człowiekowi, o ile stoi na straży ducha, zabezpiecza wartości: bezpieczeństwo, pokój, sprawiedliwość, miłość do Boga i człowieka... Prawo Starego Testamentu stało także na straży zdrowia (przepisy higieny!). Ale Jezus wie, że prawo może stać się pustą literą, która zabija: gdy jest niesprawiedliwe, gdy stróże prawa i wykonawcy tracą sprzed oczu wartości, gdy spowija się je taką siecią drobiazgowych przepisów, że duch umiera, a pozostają przepisy dla przepisów. Znamy takie zjawiska w prawodawstwie świeckim, gdy w tomach przepisów gubi się urzędnik i klient - "bezduszne przepisy". Podobne anomalie wdzierały się i wdzierają się do ludzkiego prawa religijnego. Faryzeusze stworzyli sieć drobiazgowych przepisów, które stały się tabu, bożyszczem: nie prawo dla ludzi, lecz ludzie dla prawa. Zagubili hierarchię praw i ich ducha.... posty, obmywanie rąk ponad cześć i miłość dla Boga. Formalizm, legalizm. Na wystawie "Rodzina człowiecza" kobieta adwokat mówi do sędziów: "Sędziowie, bądźcie sprawiedliwi, ale nie na tyle, aby nie rozumieć słabości człowieka"... Pan Jezus podejmuje "rewolucję", nie znosi zakonu, lecz go wypełnia, wyzwala ducha prawa. "Nie przyszedłem rozwiązywać, ale wypełniać" (Mt 5,17). Jak to rozumieć - omówię na przykładzie postu. Jezus wysoko ceni post. Sam pości, bo post wyzwala ducha spod hegemonii ciała, służy zbliżeniu i zjednoczeniu z Bogiem, może być aktem pokuty. Ale gdy Bóg tuż, gdy jest z nami, gdy urządza nam ucztę - po cóż jest post? Szabat i niedziela dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Szabat i niedzielę należy zachować, uświęcać, ale dlaczegóż nie można by było w dzień święty nieść pomoc cierpiącemu, wykonując nawet ciężką pracę? Dla nas to jasne, ale faryzeusze chcą zachować literę prawa, zabijając jego ducha - MIŁOŚĆ. Nie wolno jednak lekceważyć i łamać praw nawet najmniejszych, aby zapewnić sobie swobodę, niezależność. Trzeba za nimi dostrzegać DOBRO, WARTOŚCI, ŁAD I MIŁOŚĆ. Trzeba przez dobrą intencję wlewać tam wartości jak świeże wino w nowe dzbany. "Kto by wtedy przestąpił jedno z tych przykazań najmniejszych..., będzie zwany najmniejszym w Królestwie niebieskim" (Mt 5,19). Matka Boża nie była zobowiązana do wypełniania przepisów Starego Zakonu, a jednak je wypełniała z pietyzmem: poddała Jezusa obrzezaniu, dokonała ofiarowania, odbywała pielgrzymkę do świątyni jerozolimskiej. Nie wpadaj w drugą zabijającą ducha skrajność. Nie mów: po co te przykazania, prawa. Jeżeli sam nie widzisz, uwierz, że one zabezpieczają dobro i bronią przed złem. Wtedy prawo będzie Twoim drogowskazem i uchwytem nad przepaściami ziemskiej podróży.
KUSZENIE JEZUSA I ..... KAŻDEGO CZŁOWIEKA 31 marca 1982
Jak tam było?.... Na pewno był Bóg-Człowiek i osobowy, inteligentny kusiciel. My także bywamy i będziemy kuszeni... Jak? Różnie... W najcięższych dniach i godzinach. Dziecko pyta: Myślący starsi chrześcijanie pytają: "Po co mam być inny?".... Jak to wytłumaczyć...? Bez wątpienia drzemią i budzą się w naszej skażonej naturze różne ciemne siły i złe skłonności... Ale wywołuje i dynamizuje je osobowa negacja wszelkiego dobra i prawdy. Jezus nazywa ją diabłem lub szatanem, który nie oszczędza nawet najświętszych ludzi. On umie znaleźć w nich najsłabszy punkt obrony, "piętę Achillesa", umie wyzyskać najtrudniejszą sytuację, by odwrócić ich od Boga i zniewolić w grzechu... Porównaj strategię Mefista wobec Małgosi, interwencję jego z rozterką sumienia Iwana Karamazowa, zabiegi złych duchów o duszę Konrada w więzieniu... I ty byłeś i będziesz kuszony...
EUCHARYSTIA
Jeżeli ta "twarda mowa" jest prawdziwa, jeżeli rzeczywiście w okruchu chleba zawiera się Wszechpotęga i Wszechmiłość, to nigdy dość rozważań, dziękczynień i modlitw wokół Sakramentu Eucharystii. Toteż Kościół we wszystkich minionych wiekach, a w naszym czasie szczególnie pod kierownictwem Ojca świętego Jana Pawła II, raz po raz wzywa lud Boży do pogłębiania wiary, czci i dziękczynienia za ten Boski dar, wezwanie i obietnicę. Niezależnie od licznych zwrotów ku Eucharystii w całym przepowiadaniu, Jan Paweł II w Wielkoczwartkowych listach do szafarzy tego Sakramentu napomina i wzywa kapłanów do dalszych rozważań i pogłębiania czci tego Wielkiego Sakramentu i rad przybywa na manifestacje eucharystyczne w swojej ojczyźnie. Pochylimy się w refleksji, zegniemy kolana przed Boskim darem Jezusa i posłuchamy jego wezwania i obietnicy. Dar nieoczekiwany, niewymowny i niepojęty! Wielu i rzeczy, i darów oczekiwali ludzie od Boga, ale takiego, którym byłby On sam, nikt w najśmielszych marzeniach takiej myśli nie dopuszczał. Toteż nic dziwnego, że na słowa Jam jest chleb żywy Żydzi zareagowali pomrukiem sceptycyzmu i negacji: "Twarda jest mowa Jego". Nie chcieli powiedzieć "szaleńcza", ale tak z pewnością myśleli. Bo i rzeczywiście, jak tu bez szczególnego światła wiary taką mowę przyjąć? Jak mógł Bóg Przedwieczny, Wszechmogący i Nieskończony zniżyć się do ludzi w postaci człowieka? A jeszcze bardziej, "jak" pod postacią okruszyny chleba? To wszystko staje się nieprzeniknioną tajemnicą. Dopiero Miłość nieco rozjaśnia te ciemności. Ale i taka miłość do małego, grzesznego buntownika jest również tajemnicą, prawie równą Tamtej. I wtedy można powiedzieć, że Tajemnica wyjaśni Tajemnicę. Tajemnica Miłości wyjaśni Tajemnicę Dar. Dąży ona bowiem do całkowitego oddania się osobie miłowanej. Pragnie oddać nie tylko w deklaracji, lecz w samym fakcie swoją wolę, umysł, uczucia - całego siebie. Pragnie zniżyć się, rozpłynąć, zatracić się w miłości. Umiłować do końca - do całkowitego oddania siebie... Coś z tego znamy z wyznań i zachowań mistyków chrześcijańskich, włączając do nich tak bliską nam czasowo Edytę Stein. Oto jest nigdy do dna nie pojęty Dar Eucharystii. Wiele na ten temat powiedziano od Ostatniej Wieczerzy, wiele traktatów i rozpraw napisano. W ostatnich czasach pisze się na nowo, urządza się sympozja i sesje teologiczne, ale zawsze stoimy i stać będziemy aż po nieskończoność, u progu tej WIELKIEJ TAJEMNICY EGZYSTENCJALNEJ. Zawsze będą bogatsze dla ducha ludzkiego ciche i przepastne głębie osobistej kontemplacji Boskiego Daru Jezusa. Natomiast łatwiej usłyszeć i pojąć WEZWANIE Eucharystii... Ten "chleb żywy" nieustannie woła i wzywa. Do czego? Do odpowiedzi na Dar Miłości - do PRZEMIANY, do przebóstwienia - do świętości. Jak to spełnić? Któryś z materialistycznych filozofów miał powiedzieć: "Der Mensch ist, was er isst" - "Człowiek staje się tym, co je". Coś z prawdy w tym jest. Toteż Boski Inżynier - Konstruktor natury wiedział o tym wcześniej niż nasi filozofowie, że dusza, która ma żyć, musi się odżywiać, jeść. I im lepsze, pożywniejsze substancje spożywa, tym jej życie staje się bogatsze, pełniejsze. Jezus "skorzystał" z tego prawa i zostawił swemu ludowi dwa stoły zastawione potrawami, o jakich nie marzył żaden bogacz, żaden król, żaden dobroczyńca ubogich. Zostawił Stół Słowa Bożego z wybornymi, nie znanymi światu potrawami i drugi stół - to stół Eucharystii. Przy tym Stole odbywa się Komunia-konsumpcja Daru Chleba Żywego, którym jest On sam, który zstąpił z nieba. I ta Boska Potrawa asymilowana przez nasz organizm ma przemieniać nas, przebóstwiać. Przy czym Jezus nie stawia wygórowanych warunków do prawa konsumpcji przy tym Stole. Wystarczy "szata godowa": stan łaski, wiara i fundamentalna miłość. Mówi wprost: Bierzcie i jedzcie. I zdawałoby się, że to takie proste. A tymczasem nie wolno nam sądzić, że ta asymilacja Boskiego Chleba może się odbywać poza granicami naszej świadomości i woli, "ex opere operato", niemalże automatycznie. Otóż na płaszczyźnie stosunków międzyosobowych nic nie znaczą mechanizmy i automatyzmy. Tam się liczą: świadomość, wolna wola, wolne serce, pragnienia, intencje modlitwy i wysiłki. Tam musi mieć miejsce świadoma i skupiona modlitwa, której rdzeniem jest zawsze wola oddania się Bogu: "Bądź wola Twoja" - wola plastyczna, otwarta, wola do "dyspozycji". Wtedy dopiero odbywa się ta błogosławiona asymilacja, przemiana, żeby nie powiedzieć swego rodzaju przeistoczenie. "Żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus". Jeżeli zaś kapłan-chrześcijanin wypowiada, choćby dokładnie i artystycznie tylko dźwięki słów, jeżeli nie otwiera swojej woli i nie oddaje jej "do dyspozycji", to nie może być właściwej asymilacji Ciała i Krwi Pańskiej, to komunikujący odchodzi od Stołu Pańskiego bez żadnej czy prawie żadnej przemiany, a czasem nawet z grzesznym zakalcem, z bardziej stwardniałą skorupą swego sumienia. Ojciec św. w ostatnim Wielkoczwartkowym liście do kapłanów ukazuje związek Ostatniej Wieczerzy z modlitwą Pana Jezusa w Ogrójcu i na centrum tej modlitwy w słowach: Ojcze, nie moja, lecz Twoja wola niech się dzieje". Dopiero przy takiej modlitwie i postawie idzie naprzód proces jednoczenia się z Bogiem, sprawa przemiany i zbawienia. I tutaj chyba należy szukać odpowiedzi na smutne pytanie, dlaczego ludzie przyjmujący często komunię św. nie wykazują dostatecznej przemiany? Dlaczego kapłani sprawujący codziennie Eucharystię nie dystansują widocznie np. pastorów ewangelickich, którzy nie tylko nie przyjmują, lecz odrzucają ten Dar Pana Jezusa? Dlaczego przez codzienną Mszę św. nie stają się świętymi? Na pewno wina nie leży po stronie Ofiarodawcy swego Ciała i Krwi. Oto chyba dlatego, że nie ma prawidłowej i dostatecznej asymilacji Boskiego Pokarmu, że nasza wola nie staje na serio "do dyspozycji", że nie jesteśmy obecni w słowach Liturgii, że nie podejmujemy wysiłków, aby połączyć Ostatnią Wieczerzę z Górą Oliwną i z Krzyżem na Golgocie... Jeżeli w takim widzeniu jest coś z prawdy, a należy tutaj uszanować tajemnicę - to wtedy Dar nas wzywa: w pierwszym rzędzie do błogosławionego niepokoju, do mobilizacji wszystkich sił ludzkich, także ich rezerw i w przymierzu z Panem Bogiem, do dezintegracji, do burzenia kostniejącej struktury moralnej i do tworzenia przemienionego "nowego człowieka". W tym ogólnym wezwaniu do przemiany, do przebudowy człowieka-kapłana mieszczą się też wezwania szczegółowe, m.in. ewidentne, mocne wezwanie do kenozy, do uniżenia, pokory, cichości i posłuszeństwa. Do osiągania tych pozycji moralnych wzywa Chrystus przez swój Dar Eucharystii ewangelicznym, zjednoczonym słowem i równoległym czynem do momentu poczęcia w łonie ludzkiej Kobiety, poprzez niezmordowaną pracę ewangelizacji Palestyny, aż do uniżenia siebie na Ostatniej Wieczerzy i wyniszczenia na Kalwarii. II Sobór Watykański przypomina to wezwanie Pana w formule postawy otwartej i służebnej wobec Boga i ludzi, a posłusznej wobec Kościoła i jego zwierzchników, chociaż ostrożnie używa słów: "uniżenie", "pokora", "posłuszeństwo". I jeszcze jedno wezwanie kieruje do nas Hostia Jezusowa - to wezwanie do ubóstwa. Obok uniżenia, pokory i ofiarnej miłości, wezwanie do ubóstwa nie może przesłonić żadna dialektyka teologiczna. Jest ono jednoznacznym słowem i permanentnym czynem Jezusa od ubogiej stajni narodzin aż do krzyża, śmierci na Golgocie. I dziś, gdy cała ludzkość wspina się po stromych skałach często syzyfowych prac i wysiłków do wygody, dobrobytu i komfortu, wezwanie Boskiej Hostii dobrze słychać na każdej Mszy św. A szczególnie kieruje się ono do nas, kapłanów, w których chce widzieć awangardę niewybiórczej, totalnej ewangelizacji świata. I powodzenie przemiany siebie, świata, naszego narodu - będzie zależne od naszego stosunku do tego wezwania Eucharystii. Nie powstrzymamy materializacji narodu i świata, jeżeli będziemy na co dzień w rzędzie tych, którzy marzą i swoją nadzieję pokładają w dobrobycie, wygodzie i komforcie. A to są oczywiste nowoczesne idole. Po ludzku mówiąc Sobór Watykański II nie przeoczył i tego wezwania Eucharystii i wprawdzie w oględnych słowach, lecz przecież jasno wysunął zalecenie praktykowania dobrowolnego ubóstwa, przez które upodobnią się do Chrystusa i staną się chętniejsi do świętej służby.
WOLNOŚĆ CHRZEŚCIJAŃSKA
Jak naprawdę przedstawia się sprawa wolności chrześcijanina? W sposób zasadniczy zajmuje się tym problemem św. Paweł w Liście do Galatów. W pierwszej części listu zwraca się przeciwko niewłaściwemu pojmowaniu chrześcijaństwa, które powoduje, iż wiarę w miłosierdzie Boga, odkupiającego przez Jezusa, zastępuje się samą sprawiedliwością według prawa. Kto mniema, że własnymi czynami coś sprawi; kto sądzi, że jest "w porządku", ponieważ spełnia swoje obowiązki nałożone przez Boga, a przez to Bóg zapewni mu wszelkie łaski, ten pozostaje zamkniętym w sobie. Pozostaje sam jak małżonek, który spełnia skrupulatnie wszystkie obowiązki małżeńskie, zamykając się jednocześnie w skorupie własnych interesów, poglądów i zapatrywań. Jakże często małżeństwa, które zewnętrznie są idealne, kostnieją od wewnątrz, rozpadają się, ponieważ brak im dialogu, brak wspólnoty. Tradycja chrześcijańska nie stanowi wskazówek do osiągnięcia bezbłędnego samousprawiedliwienia. Chrystus przyniósł wspólnotę z Bogiem, żywą wymianę miłości między Bogiem a człowiekiem, bez której człowiek skazany jest na izolację. Kto nie pozwala, aby istotną rzecz podarował mu ktoś inny, ten obraca się wokół własnej osi, własnego osiągnięcia. Zbawienie, wyzwolenie do prawdziwej wolności polega na tym, że człowiekowi otwiera się więzienie, którym jest on sam dla siebie, gdy sam stanowi oś własnego życia. Ale czy człowiek, który obraca się wokół osi innego jest wolny? Pismo św. rozwiązuje ten problem genialnie: jeśli przestaniesz obracać się wokół siebie samego, wtedy doświadczysz, że Bóg obraca się wokół ciebie, że jesteś centrum, osią, wokół której krąży Jego Miłość. "Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak życie moje obecne jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie". Podobnie występuje św. Paweł przeciwko innemu niewłaściwemu pojmowaniu wolności. Nieporozumieniem jest jakoby "uwolnienie", jakie przyniósł Jezus Chrystus było glejtem dla samowoli, czynów i myśli według własnych kaprysów. Ten, który uważa, że Miłosierdzie Boże daje mu dyspensę od wysiłków, zmierzających do spełnienia Jego życzeń, czyni zasadniczo tak samo, jak ten, kto opierając się na własnej sprawiedliwości sądzi, że podoba się Bogu. Jeden i drugi obraca się wokół siebie samego, są ulegli własnej woli. Na ten fakt zwraca uwagę św. Paweł w słowach: "Wy tedy bracia powołani zostaliście do wolności, tylko nie bierzcie tej wolności na zachętę do hołdowania ciału. wręcz przeciwnie, miłością ożywieni służcie sobie wzajemnie" (Gal 5,13). To zdanie stawia nowe akcenty. Kto obraca się wokół Boga, kto uwolniony od samego siebie żyje życiem Bożym, ten też będzie się obracał wokół swojego bliźniego. Da mu świadectwo wolności, do której go Chrystus powołał. Swoim życiem przemówi do bliźniego: nie jesteś sam, nie jesteś w pułapce swojego "ja", nie jesteś również jednym z trybów nieograniczonego mechanizmu świata, bo Jestem dla ciebie! W ten sposób tamten uwierzy, że Bóg jest dla niego. Nie może być inaczej, ponieważ ten, kto wkroczył w Miłość Bożą, kto zezwala, aby Ona go obdarowała i uwolniła, ten nie może się nie dać wciągnąć w rytm życia samego Boga Który miłował mnie i oddał życie dla mnie. Św. Paweł uważa to za znak prawdziwej wolności, że miłością ożywieni służymy sobie wzajemnie. Co mówią nam te słowa w naszej dzisiejszej sytuacji? Jak możemy świadectwem chrześcijańskiej wolności odpowiadać na pytania i zarzuty stawiane chrześcijaństwu i Kościołowi? Chrześcijaństwo nie polega tylko na trzymaniu się tego, co słuszne i prawdziwe ani na odrzuceniu tego. Nie można mówić o wolności Chrystusowej, jeśli własne prawa i poglądy czyni się jedyną miarą postępowania. Wolność polega raczej na tym, że każdy w danym momencie, niezależnie od sytuacji, uwalnia się od siebie samego i włącza się w rytm owej Miłości, która sprawiła, że człowiek stał się centrum Bożego Serca. Być obdarowanym i móc obdarowywać, to jest chrześcijańska wolność. A jak problem ten przedstawia się w życiu codziennym? To co w moim sercu, w moim życiu narasta, czego nie mogę zrozumieć, rozwiązać, to co mi nie pozwala na swobodny oddech - to nie należy do mnie, lecz do Tego, który mnie umiłował, Który niósł to w swoim sercu i je przemieniał. Jestem wolny właśnie tam, gdzie spotykam moją własną niewolę, jeśli tylko Jemu ją powierzam. Nie obezwładnia mnie żadna wina, żadne rozczarowanie, żadna ciemność ani opuszczenie, ponieważ On wszystko to wziął na Siebie. Z drugiej strony wolno mi miłującą obecność Boga uczynić treścią wszystkich moich godzin, dla mnie i dla drugich. Być może nie wiem co tobie, mojemu bliźniemu dać lub powiedzieć w tym momencie, lecz wiem, że On tą samą miłością umiłował ciebie. Dlatego mogę przekazać ci Jego TAK tym spojrzeniem, tym gestem, tą milczącą obecnością, tym czynem, tym słowem.
Homilia z pielgrzymki
Podobnie jak w roku ubiegłym szukałem dla was jakiegoś najpiękniejszego prezentu z darów i z wartości Bożych. Chciałem zrewanżować się chociaż w małym stopniu za waszą ciepłą życzliwość. I cóż, szukając tego słowa, tej wartości znów natrafiłem na tę treść, ponad którą nie ma większej: perła drogocenna. Jezus powiedział, że warto wszystko sprzedać, ażeby tę perłę nabyć. Oczywiście znamy jej nazwę - to jest miłość. Miłość to wielokształtny kryształ. Z różnych stron można na niego patrzeć i z różnych stron można widzieć cudowne światła, tęczowe barwy, można ujrzeć iskry płynące hen z bezkresów światłości wiekuistej. Czym jest miłość do Boga? - zawężamy to pytanie do Boga. Otóż na to odpowiedział Jezus wiele razy. Między innymi: Nie ten, który mi mówi: Panie, Panie wejdzie do Królestwa Niebieskiego, ale ten, który pełni wolę Ojca mego. A na Ostatniej Wieczerzy w swoim testamencie wypowiedział Jezus i te nam znane słowa: Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. A więc nie ten który mówi Panie, Panie, nie ten który śpiewa tylko, nie ten który deklamuje, recytuje, nie ten który pięknie przemawia o miłości, nie ten który się uśmiecha tylko - ale ten który pełni wolę Ojca, ten który zachowuje przykazania Jezusa. Jednym słowem ten, który jest posłuszny, który oddaje się do dyspozycji Panu Bogu. Przypominacie sobie ten list, który Ojciec Święty wysłał do młodzieży całego świata. Wyszedł tam z dialogu między młodzieńcem a Jezusem. Młodzieniec zadaje pytanie: Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus odpowiada mu najpierw pytaniem, a potem w dalszym ciągu mówi: Znasz przykazania: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij ojca swego i matkę swoją. W tych przykazaniach, w tych słowach przypomina Jezus rozmówcy niektóre przykazania Dekalogu. Szczęśliwy był ten młodzieniec, bo odpowiedział Jezusowi, że to zachowywał od swojej młodości, od swego dzieciństwa, a więc był posłuszny Panu Bogu - a to jest elementarna miłość, to są fundamenty autentycznej, nie mówionej, nie deklamowanej miłości. Drodzy, gdzie się uczyć takiej miłości - miłości oddania, miłości posłuszeństwa, miłości zawierzenia, miłości "do dyspozycji, Panie!"? Oczywiście uczyliśmy się jej przede wszystkim w szkołach swoich rodzin, w szkołach kościołów - naszych świątyń, w naszych salkach katechetycznych, uczyliśmy się przy różnych innych okazjach. Ale też tej miłości można się uczyć, i to jeszcze na jaką skalę, właśnie na tych pielgrzymkach. Dochodzimy do wniosku, że stają się one pierwszorzędną szkołą wszystkich wartości ewangelicznych, a przede wszystkim tej najwyższej - miłości. Pielgrzymka to właściwie szkoła miłości. Tylko trzeba rozumieć sens pielgrzymki, trzeba widzieć ją w świetle prawdy Bożej, trzeba ją widzieć w świetle teologii. Czymże jest ona w jej świetle? Otóż nie jest to tylko sprawdzanie się, nie jest to tym bardziej wyczyn o charakterze sportowym, a nawet chociażby i o charakterze duchowym. Pielgrzymka nasza i nasze pielgrzymki, to znak pielgrzymki moralnej, to wezwanie do wspinania się na górę moralną, to znak wspinania się na Jasną Górę naszego życia wewnętrznego, a więc przede wszystkim naszej miłości. Toteż musi mieć ona ciąg dalszy po dojściu do naszego sanktuarium. "Nam nie wolno w miejscu stać". Trzeba iść dalej i trzeba iść wzwyż. Z pewną radością słyszymy jak niektórzy studenci mówią: "Fajna była pielgrzymka". Radosne to. A niektórzy mówią, że "Bakcyl mnie ugryzł już, na przyszły rok też pójdę". To też radosne, ale to nie wszystko. Jeślibyśmy zakończyli tę pielgrzymkę na Jasną Górę i już w Gnaszynie wrócilibyśmy do dawnych praw i obyczajów panujących także wśród większości katolickiej młodzieży polskiej; gdybyśmy zeszli w tę dżunglę walki o byt, wyrywanie sobie pierwszych miejsc w pociągu - kto silniejszy, kto bardziej cwany - ten pierwszy, to byłoby nieporozumienie, pomyłka! Tak nie może być. Nie można zmarnować tego wspaniałego, potężnego kapitału, potencjału moralnego, który się wyzwala na pielgrzymkach. Nam nie wolno roztrwonić tych pereł miłości, które tutaj po drodze zbieramy. Toteż, moi przyjaciele drodzy, gdy z radością, w uniesieniu, ze ściśniętym gardłem niemal obserwujemy te wybuchy radości, które szczególnie mają miejsce już pod Jasną Górą, gdy czytamy transparenty naszych bratnich ośrodków, naszych bratnich miast i osiedli, gdy widzimy i słyszymy owacje mieszkańców miasta, gdy pozdrawiają nas ojcowie paulini z tej Świętej Góry, łzy nam się w oczach kręcą. Ale równocześnie chciałoby się pytać każdego chłopca i każdej dziewczyny: Bracie, czy nie zakończysz tej pielgrzymki tutaj pod murami Jasnej Góry? Nie bracie, nie wolno ci zakończyć. Na pielgrzymce nazywałeś wszystkich "braćmi" i "siostrami" - tak być powinno, okazywałeś szacunek bratu i siostrze, dostrzegałeś ich potrzeby, ofiarowałeś pomoc i także swój radosny uśmiech, chociaż często bardzo trudny, to dobrze. Ale, drogi przyjacielu, zanieś to do swego rodzinnego domu, do swojego środowiska, żeby tam, w rodzinie naprawdę wszyscy byli braćmi i siostrami, żeby nie było tam ponurej, mrożącej atmosfery. François Mauriac mówi, że jeżeli w tobie zabraknie miłości, wielu obok ciebie umrze z zimna? Czujecie, drodzy, obserwujecie, jak wielu umiera z chłodu, z zimna? Bo brak miłości, ziąb! Otóż ten ziąb trzeba przezwyciężyć w swoich domach i w swoich środowiskach i tępić go jak zarazę. Na pielgrzymce było dużo modlitwy. Czy nie mógłbyś o parę minut przedłużyć swoją modlitwę poranną i wieczorną? Czy nie potrafiłbyś przypominać sobie godzinę dwunastą nie jako godzinę czasu astronomicznego, tylko jako godzinę Maryi, jako godzinę Ojca Świętego. Możesz to uczynić. Na pielgrzymce co dzień odmawialiśmy różaniec - pięknie, dobrze - nawet po trzy części. Co z tego zostanie? Czy choć jedno Zdrowaś Maryjo? A czy nie mógłbyś bracie, siostro zorganizować na przykład żywego różańca - zebrać piętnaście osób i zobowiązać się do odmawiania dziesięć Zdrowaś Maryjo w ciągu dnia? Tak niewiele, a takie to wspaniałe, taki to dalszy ciąg właśnie tej pielgrzymki na Jasną Górę. Tutaj poskramialiśmy język, tutaj złych słów i podniesionych głosów się nie słyszy, tylko słowa dobre, przyjazne. Czy nie warto i nie trzeba przenieść je w nasze codzienne życie do naszych rodzin i domów, w życie naszych środowisk? Czy nie warto by podjąć zaciętą walkę przeciwko brudom języka naszego ojczystego? Przyszły fale brudów, chamstwa, ordynarnych wyrazów, nawet w środowiskach katolickich. Czy nie warto by podjąć właśnie ten odważny trud, ażeby w sobie zahamować, zdusić, zgryźć to paskudne słowo. Tyle razy twój język, tyle razy twoje usta dotykały przenajświętszego Ciała Pańskiego i teraz mają być na usługach zła, na usługach tego wstrętnego błota? Warto o tym pomyśleć, drodzy przyjaciele. Na pielgrzymce uczestniczyliśmy co dzień we Mszy św. Czy nie warto by na baczność stanąć przed wieloma, którzy przychodzą niemal co dzień na Mszę św. w dni powszednie? Czy nie można by wykroić chociaż jeden dzień, jedno popołudnie, ażeby poza niedzielą i świętami wziąć udział w Najświętszej Ofierze jako zadośćuczynienie za to, że nieraz my sami znieważyliśmy Jezusa opuszczając Mszę św. tłumacząc się zimnym słowem: "Nie miałem nastroju", "Nie miałem czasu". A więc ekspiacja za siebie, ale i za wielu naszych braci, którzy nawet idą pod sztandarami chrześcijańskimi w wielkie uroczystości a potem "nie mają czasu" na Mszę św. W drodze pielgrzymiej przyklękaliśmy i przyklękamy na asfalcie, ba, na błocie, przed świątyniami, przed kościołami. Piękne to, wzruszające, gdy grupa klęka i zostawia na asfalcie swoje ślady czci Jezusa wyciśnięte kolanami. Piękne! Jakże wielu spośród was, nawet tutaj obecnych - przyznajmy się - przechodzi obojętnie koło świątyń w swoich miastach i wsiach. Ani iskry ciepła, ani słowa dla Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Czy nie warto zmienić taki stan rzeczy? Na pielgrzymce wielu z was przestało palić papierosy. Czy nie warto by ten termin przedłużyć na lata i na całe życie. Właśnie w imię pielgrzymki dobrze zrozumianej, na większą cześć i chwałę Niepokalanej Dziewicy. Na pielgrzymce ubezpieczaliśmy wartość tak miłowaną, kochaną przez Matkę Najświętszą - czystość, że wyszło zarządzenie od naszych władz pielgrzymkowych, ażeby nie spać pod jednym dachem w stodołach, a tym bardziej pod jednym namiotem. Po co? Żeby się ubezpieczyć realnie przed naszą własną słabością. Żeby nas przed nią obronić. Jeżeli ktoś tych słabości nie rozumie dzisiaj, to albo już jest zepsuty, albo naiwny jak dzieciak! I jedno i drugie jest złe. Stąd też, drodzy, warto przenieść ten mądry zwyczaj wypływający z głębin wartości autentycznej miłości człowieka do człowieka. A więc na rajdach, na wycieczkach, a także przy różnych odwiedzinach, w różnych sytuacjach powinni pielgrzymi Jasnej Góry rozumieć i wnosić zdrowy, radosny klimat, ale nie pozwolić na spoufalanie się. Pan profesor Fijałkowski mówi, że tutaj, w tej dziedzinie, powinno się zachowywać dystans proporcjonalnie do wzmagających się uczuć - im uczucia są bardziej intensywne, tym bardziej powinniśmy czuwać nad pewnym szlachetnym dystansem, nie jakimś ponurym, złowrogim, ale tym pięknym, szlachetnym. Z tym dystansem potraktować budzące się uczucia, a więc także budzącą się miłość erotyczną. Moi przyjaciele drodzy, na pielgrzymce słuchało się wielu konferencji, wielu wykładów. Bogu dzięki, znaczna część młodzieży, zwłaszcza idącej w pielgrzymkach, przedłuża to co się tutaj dzieje. Przychodzi na katechezy, na wykłady, na konwersatoria i konferencje. Z satysfakcją to notujemy, w środowiskach akademickich także we Wrocławiu. Składamy cześć i uszanowanie tym, którzy przezwyciężają długie słotne, ciemne wieczory październikowe i listopadowe i znajdują czas, ażeby przyjść, podumać, rozważyć, przyswoić sobie pewne wartości i treści bez zmian i naruszania toku zajęć w pracy szkolnej czy zawodowej, owszem, wzbogacając ją. Nieraz załamiemy się, nieraz upadniemy, ale wtedy nie bezmyślnie śpiewajmy pieśń "Kochać, to znaczy powstawać". Upaść może człowiek wielki, ale w upadku pozostaje człowiek nikczemny Oto, co znaczy przedłużać naszą pielgrzymkę na Jasną Górę naszego wyższego chrześcijańskiego życia, do szczytów czci i miłości Tej, która jest przy nas nie tylko na Jasnej Górze; co znaczy dalej iść nie robiąc przerwy między tegoroczną i przyszłoroczną pielgrzymką. Jeżeli to i coś więcej zostanie po tych pielgrzymkach letnich na jesień i na zimę, wtedy nie zmarnuje się ten wspaniały potencjał sił przyrodzonych i nadprzyrodzonych, wyzwalających się na pątniczych szlakach naszego kraju. Saint-Exupery zawsze głosił, że człowiek jest zdolny przekraczać granice swoich możliwości. W tym roku doświadczyliśmy, zwłaszcza w tych pierwszych dniach pielgrzymki, że człowiek zdolny jest przekraczać granice swoich możliwości, tyle ma w sobie potencjału. Otóż to wszystko musi być upłynniane na co dzień. Jeżeli tymi kanałami, z tych wielkich zbiorników popłyną choć małe strumyki prawdziwej, autentycznej religijności - nie tej sensacyjnej, szukającej znaków, objawień i temu podobnych - tylko autentycznej, ewangelicznej, użyźnią one jeszcze bardzo duże jałowe ugory moralne i oczyszczą zakażone obszary życia na naszych ochrzczonych rodakach. Tylko tą drogą może przyjść prawdziwe odrodzenie narodu. Niech jeszcze dopowiem to słowo: Ojczyzna. "Rzadko na moich wargach, niech dziś ta warga ma przyzna, jawi się krwią przepojony, najdroższy wyraz - Ojczyzna." (Kasprowicz). Ta sprawa głęboko nam leży na sercu, drodzy. Ale i wy i ja nie wierzymy w wielkie słowa. Tak jak Kasprowicz nie wierzył. Wierzymy tylko w słowa zanurzone i nasycone Ewangelią. Wierzę w słowo Chrystusa, w moc Ducha, wierzę i coraz bardziej wszyscy wierzymy, że trzeba "zwyciężać zło dobrem". Oto jest droga zwycięstwa także dla naszej Ojczyzny. Mickiewicz powiedział: "O ile polepszycie wasze serca, polepszycie wasze prawa i poszerzycie granice wasze". Wierzę w to, bo to jest Ewangelia. Tak, poszerzycie granice waszego wpływu ducha, waszej kultury, która nie lubi granic. Będąc wewnątrz bezbożnego imperium możemy je od wewnątrz cywilizować, uchrześcijaniać, przekształcać. To nasza misja historyczna, to nasza przemiana z przedmurza na czynne działanie! To nasze zadanie, które już po części wypełniacie. Widzieliście jak wiele oczu zza płotów na przedmieściach Wrocławia wygląda. Z pewnym oszołomieniem i podziwem patrzą na ten pokojowy pochód naszej drogiej młodzieży. Oni, bracia nasi z centrum imperium, mają dobry wzrok, słuch, oni słyszą i widzą. Ale chcą dostrzegać nie tyle transparenty, znaki i słyszeć piosenki, lecz autentycznego ducha Ewangelii, której urokiem i dobrem będą na pewno podbici, bo "anima naturaliter christiana". Zwłaszcza anima orientis - wielkiego Wschodu jest z natury chrześcijańska, tam drzemią ogromne potencjały wiary, tam się żarzą węgle, tylko trzeba je rozdmuchać. Nie można pluć na nie ani obelgami zasypywać, tylko trzeba razem z nimi rozdmuchiwać. I wtedy oni pójdą za krzyżem w tym autentycznym pochodzie pokojowym, zbawczym w skali wieczności i zbawczym dla naszego świata.
HOMILIA ks. Aleksandra Zienkiewicza
Jesteśmy w najświętszym sanktuarium naszego kraju, na szczycie i w centrum duchowym naszej historii. Tędy dęły wiatry i wichry sześciu wieków. Tutaj na kamieniach zapisały się kroniki przeżyć niezliczonych pielgrzymów. Tutaj wypowiadali nasi przodkowie przez więcej niż sześć pokoleń swoje radości, a najczęściej swoje osobiste i narodowe cierpienia. Tutaj znajdowali otuchę i odzyskiwali nadzieję "wbrew nadziei" dawni i współcześni rodacy. Stąd często wracali uzdrowieni na ciele, a jeszcze częściej na duszy. Gdy przemierzaliście ostatnie przestrzenie dzielące was od Cudownej Kaplicy, czy uświadamialiście sobie, że stąpaliście po drogocennych kamieniach, droższych od marmurów, jaspisów i szmaragdów, bo obmytych łzami, a wyszlifowanych stopami a nawet kolanami naszych praojców i pramatek, rolników, robotników i kapłanów, naszych poetów, książąt i królów? Tutaj, gdy się wyciszycie, usłyszycie stąpanie pierwszego króla Obojga Narodów, który przybył ze swoją rodziną na ekspiację po zbezczeszczeniu Obrazu przez złoczyńców w roku 1430. Tutaj usłyszycie chrzęst pancerzy i brzęk ostróg króla Jana III Sobieskiego i jego uskrzydlonych husarzy, podążających pod Wiedeń. Tutaj możecie usłyszeć nagrane na kamieniach i cegłach łuki i wybuchy granatów oblegających Jasną Górę szwedzkich napastników w Adwencie i w uroczystość Bożego Narodzenia 1655 roku. Tutaj usłyszycie modlitwę namiestnika Chrystusowego, naszego rodaka, który klęczał na początku czerwca 1979 roku przed wizerunkiem Królowej Polski. Tutaj z milionami rodaków wypraszał dla siebie i dla narodu światła i moce nasz nieodżałowanej pamięci Prymas Tysiąclecia... Tutaj rodziły się i krystalizowały światłe i odważne myśli, idee naszych braci robotników niezapomnianego wielkiego Sierpnia. Jednym słowem: tutaj mówią wieki, wołają kamienie. Tutaj naprawdę znajdujemy się w najświętszym miejscu Ojczyzny, w sanktuarium najcenniejszych i wciąż żywych nurtów modlitw, myśli - w skarbnicy najcenniejszych wartości boskich, ludzkich i narodowych. Mówią także o tym, promieniujące pięknem ziemskim i nadziemskim, niezliczone wota na ołtarzach i ścianach tej świątyni. Ale najważniejsze i najradośniejsze jest to, że znajdujemy się w domu naszej kochającej Matki i pragnącej naszego szczęścia Królowej - w roku jej Wielkiego Jubileuszu. A więc ta ziemia, na której stoimy, te mury, w których się znajdujemy są naprawdę piękne. Niech je uszanują wasze zmęczone stopy, niech uczczą wasze serca, niech dyskretnie pocałują wasze usta... A teraz drugie pytanie: Po coście tu przybyli? Z pewnością nie w jednym celu i nie z jedną intencją. Na pierwszy plan cisną się błagania i prośby, bo polskie niebo zasnuło się ciemnymi chmurami. Znów jesteśmy na niebezpiecznym wirażu historii. Odsuńmy jednak dzisiaj żale i prośby na drugi plan. Bo w tym dniu obchodzimy radosny Jubileusz naszej Królowej w Jej ziemskiej rezydencji. Dziś składamy Ci, o Matko-Królowo, hołd i dziękczynienie za te błogosławione 600 lat obecności na tej Jasnej Górze i w naszym narodzie w wizerunku "Czarnej Madonny". Dzięki Ci składamy za wszystkie spostrzeżone i niedostrzeżone gołym okiem dary i łaski przekazane niezliczonym pielgrzymom i naszej Ojczyźnie. Drogi nasz Ojciec św. w liście na rozpoczęcie tego Jubileuszu napisał do nas: Żadna historia, jaką z pomocą ludzkich środków moglibyśmy napisać, nie ogarnie tej treści, którą zna tylko sam Bóg i Bogurodzica. W okresie, w którym narodem polskim przestali rządzić królowie polscy - świadomość, że Pani z Jasnej Góry została proklamowana przez jednego z nich Królową Polski - pomagała przetrwać narodowi w poczuciu jego własnej suwerenności. Oto są główne motywy naszego jubileuszowego dziękczynienia... Królowo-Matko, ale nie bierz nam za złe, że i w tym wielkim dniu dziękczynienia złożymy u Twych stóp różaniec nowych błagań i próśb, gdyż "my już bez skargi nie znamy śpiewu, wieniec cierniowy wrósł w naszą skroń". Toteż modlimy się o dary osobiste i prywatne, lecz przede wszystkim o nowe pomoce i łaski dla narodu i Ojczyzny, która znajduje się znów w niebezpieczeństwie. Modlimy się wspierając nasze serdeczne słowa ofiarą naszych pielgrzymich trudów, pokutą i czuwaniem: o dobrą wolę, o mądrą i odważną odpowiedzialność dla rządzących, o ludzkie i polskie serca dla wykonujących rozkazy, o to, by Polak nie bił Polaka ani kamieniem, ani też pałką, ani pięścią, ani żadnym raniącym czy zabijającym narzędziem, by nikt nikogo nie torturował ani fizycznie, ani moralnie. Modlimy się za nasze siostry i braci pozbawionych wolności i dlatego nieobecnych wśród nas. Ale modlimy się także o rozsądek, cierpliwość i wierność zasadom Ewangelii dla wszystkich obywateli naszego kraju. Modlimy się, zgodnie z wezwaniami naszego ks. Prymasa i Episkopatu, o wyciszanie i wygaszanie ognisk trującej nieufności, wrogości i nienawiści - tędy bowiem prowadzi droga do pojednania i ugody społecznej. Ale przybyliśmy tutaj i po to, by przy zasnutych chmurami gwiazdach odnaleźć jedną orientację naszego działania, aby otrzymać od naszej Królowej niejako dyrektywy i instrukcje: co mamy czynić obok żarliwej modlitwy. Pytamy pokornie: Królowo-Matko, co mamy czynić? Odpowiadasz nam nie po raz pierwszy, bo skłonni jesteśmy twojej odpowiedzi zapominać za progami modlitw i świątyń: Czyńcie, cokolwiek wam powie. /J 2,5/ A Jezus mówi jednoznacznie z wszystkich kart Ewangelii: Trzeba nie tylko się modlić, lecz działać, trzeba walczyć o prawdę i dobro, o sprawiedliwość i wolność, o godność człowieka i jego niezbywalne prawa i wszystkie szczytne ideały boskie i ludzkie, jako że "Wiara bez uczynków martwa jest". Atoli w tej walce nie wolno posługiwać się bronią zła: bronią pogardy, odwetu, nienawiści. Jezus przez swego Apostoła wzywa: Nie daj się zwyciężać złu, lecz zło dobrem zwyciężaj /Rz 12,22/: dobrym sercem, dobrym słowem, dobrym czynem. A módlcie się za prześladujących i spotwarzających Was /Mt 5,44/ - mówi dalej Zbawiciel. Czy to nie niebiańska utopia, torująca drogę panowaniu zła? Nie, ze wszystkich miar - nie! Wprawdzie zasad Ewangelii nie da się sprawdzić na krótkiej i powierzchownej fali, one prowadzą do wieczności i w niewymierne otchłanie ludzkiej egzystencji. Ale hasło: "zwyciężaj zło dobrem" weryfikuje się nawet w polu naszego widzenia - w życiu jednostek i społeczeństw. Przecież pod tym ewangelicznym hasłem odniósł zwycięstwo M. Gandhi. Przecież siłą ewangelicznej miłości-agape walczył o przyznanie ludzkich praw swoim czarnym rodakom Martin King. Przecież naoczną lekcję siły tego hasła stanowią również młode dzieje naszego Sierpnia. Gdyby robotnicy Wybrzeża wyszli na ulice pod sztandarem "walki klas", gdyby chwycili za morderczą broń z żelaza, nasz kraj spłynąłby potokami bratniej krwi, a naród zatrułby się jadem nienawiści. Ale dzięki temu, że pierwsze szeregi robotników zbuntowanych przeciwko panoszącemu się złu stanęły pod sztandarem Krzyża i Królowej Polski, ponieważ wielu przyjęło krzyże ofiary na swoje barki włącznie do utraty wolności i życia, nie wzywając pomsty i odwetu, uniknęliśmy chyba czegoś najgorszego, a nawet wyzwolone zostały trwałe wartości moralne i społeczne, które wejdą w krwioobieg naszej kultury i życia społecznego. Te wartości są dostrzegalne gołym okiem, a ich owocowanie nie jest zakończone! A więc nie ma obiektywnych podstaw na tej płaszczyźnie do frustracji, prostracji i nihilizmu albo do kwestionowania zasad Ewangelii. A jeżeli tym zasadom, w imię wezwania naszej Królowej, będziemy nadal wierni, z pewnością Matka-Królowa nie zaniecha swego wstawiennictwa u Boskiego Syna i uprosi dla nas i dla naszej Ojczyzny nowe zdroje łask i pozwoli wydobyć się nam ze szlamu bagnistej rzeczywistości i wyciągnąć z niej jeszcze niejedną drogocenną perłę dla naszej kultury duchowej. I taka metoda walki, z taką pomocą, zapewnia jedynie długofalowe i radykalne zwycięstwa dobra, prawdy i miłości, stanowiące podstawy Królestwa Bożego i Królestwa Maryi. Tak, mamy prawo i obowiązek walczyć ze złem, w jego różnych postaciach. Mamy prawo domagać się nieustraszenie od rządzących poszanowania godności człowieka i jego niezbywalnych praw: wolności przekonań, uwolnienia obywateli pozbawionych wolności, naprawienia wyrządzonych krzywd. Ale jako chrześcijanie mamy wezwanie do jeszcze radykalniejszej walki z ciemnymi siłami, które od wewnątrz zatruwają, kaleczą i zabijają istotną substancję człowieka i społeczeństwa - jego ducha: to nasze wady i grzechy. Bo narodu duch zatruty - to dopiero bólów ból - pisał J. Słowacki. I ta walka nie musi się wyrażać akcjami zewnętrznymi - ona raczej powinna toczyć się w interiorze naszych osobowości i wspólnot - tam, gdzie tworzy się substruktura moralności indywidualnej i etos narodu - na obszarze, gdzie powinniśmy być wolni i suwerenni w każdych okolicznościach, gdzie sprawują władzę: Bóg, nasza Królowa i nasze sumienie, dokąd żadnej innej władzy dopuścić nie wolno. I tej suwerenności ducha i sumienia trzeba dzisiaj strzec jak źrenicy oka. Tutaj bowiem powstaje największe zagrożenie. I na tym obszarze moralności masa pilnej, istotnej i zaniedbanej roboty. Albowiem nasze osobiste i społeczne wady, z którymi walkę tyle razy ślubowaliśmy Królowej Polski, zamiast ustępować w atmosferze frustracji - zdają się aktywizować i poszerzać także na terenie życia studentów: alkoholizm, rozwiązłość; rozszerzają się: nieufność, donosicielstwo i lenistwo. Doszły do nas ponure wiadomości, że w domach studenckich, nawet w Wielkim Tygodniu urządzano alkoholowe libacje, a bezwstyd tak cynicznie zadomawia się w niektórych pomieszczeniach, że ich współmieszkańcy ledwie nie mówią: "Przepraszam, że przeszkadzam". To naprawdę "bólów ból", że w życiu nawet dziewcząt, tak blisko przez płeć spokrewnionych z Niepokalaną, tak mało ceni się czystość, którą Ona była obleczona. A przecież na tym obszarze młodzież może najpełniej wyrazić swoją cześć i nabożeństwo do Bożej Rodzicielki. Młodzież katolicka powinna nawet innym wskazywać, że czystość stanowi uwarunkowanie prawdziwej miłości, która stanowi fundament małżeństwa i rodziny. Jest coś paradoksalnego i bolesnego, że tak wielki odsetek młodzieży, deklarującej swoją wiarę w Boga i cześć dla Matki Bożej, przynajmniej w postaci pielgrzymek i nabożeństw, przyjmuje lekko destrukcyjne hasła ateistycznej szkoły Kozakiewicza, Imielińskiego i Wisłockiej. Nad wyraz to bolesne wobec bogactwa zewnętrznego kultu Bogurodzicy, że zbyt wiele młodzieży akademickiej poprzedza sakrament małżeństwa grzechami cudzołóstwa, czyli nielegalnego pożycia, zwłaszcza po ślubie cywilnym, który przecież dla chrześcijan nie daje żadnych praw moralnych, zakażając w ten sposób fundamentalną tkankę moralności małżeńskiej. Powstały na terenie naszego kraju grupy np. "Troska o życie", a ostatnio doniosły ruch "Kielich życia". Powinien również powstać ruch troski o czystość, wówczas ubędzie tamtym szlachetnym ruchom troski o życie. Oto ile zadań i pracy przed wami. Może ktoś z was mieć wątpliwość, czy warto te sprawy odkrywać w dniu Jubileuszu naszej Królowej i w tak zachmurzonych okolicznościach społecznych. Rzeczywiście - obnażanie ran w ogóle nie należy do radości duszpasterzy, ale odpowiedzialni duszpasterze, pamiętając wezwanie św. Pawła: "upominaj w porę i nie w porę", nie mogą znieczulać sumień ludzkich tylko pochwałami, nie mogą zerwać z tradycją wielkich proroków, którzy aczkolwiek w bólu i z bólem obnażali rany, aby je uleczyć. Nie mogą szukać poklasku słuchaczy, nie mogą pocieszać banalnymi obietnicami, że "wszystko Królowa Polski wybaczy i załatwi", że "wszystko będzie po naszej myśli". A duszpasterze muszą mówić z całą mocą, że wszystko musi być według myśli i woli Boga i naszej mądrej, dobrej i możnej Królowej, której winniśmy bezgranicznie zaufać, okazując Jej i Jej Boskiemu Synowi bezwarunkowe posłuszeństwo. I tylko na tej drodze możemy widzieć odrodzenie i cudowną pomoc naszej Królowej. Może też ktoś z was powiedzieć: Co my zrobimy - przecież w tej, nawet dużej rzeszy stanowimy w Polsce tylko niewielki odsetek młodzieży studiującej? Na to usłyszymy odpowiedź Chrystusa: Wy jesteście solą ziemi i światłością świata /Mt 5,13-14/. Jeżeli obleczecie się w żywą wiarę, w niezłomną nadzieję, jeżeli pozwolicie się napromieniować darami Ducha Świętego: mądrością, roztropnością, męstwem i miłością, jeżeli będziecie dalecy od postawy "przepraszam, że wierzę", "przepraszam, że przeszkadzam", dokonacie większych dzieł aniżeli zamierzacie. Wyzwolicie siebie i nowe ruchy, i nowe, nawet jeszcze nie przeczuwane procesy, wiodące do lepszego jutra naszego wspólnego Królestwa i szczęśliwego pojutrza niewymiernego losu każdego obywatela tego Królestwa. Ale na tej drodze jeszcze jeden warunek: Przestańcie być indywidualistami! Włączajcie się do wspólnot Duszpasterstwa Akademickiego (DA). Tam znajdziecie ubezpieczenie już przyswojonych wartości, warunki pogłębienia wiedzy, inspirację oraz wsparcie dla głębinowego, długofalowego działania na rzecz ukształtowania chrześcijańskiej osobowości, na rzecz wyzwolenia i odrodzenia naszego narodu. Tylko nie poprzestańcie na kontaktach, lecz nawiążcie więź stałą i ciągłą z duszpasterstwem akademickim. Nie pływajcie na fali zmiennej ochoty. Dopiero zaangażowanie w codzienną pracę DA spełni nasze obietnice i wasze oczekiwania. Dorywcze kontakty, udział w dorocznych pielgrzymkach i dniach skupienia nie ukształtują was na miarę współczesnych zadań katolików i Polaków, jak nie uczynią tego świąteczne nabożeństwa. A więc rekrutujemy was wszystkich - przynajmniej tu obecnych. Przychodźcie! Nie bójcie się, nie nadużyjemy waszego zaufania. Otwieramy drzwi i serca. Strzeżcie się natomiast byle jakich proroków i przywódców. Nie dajcie się sprowokować do nierozsądnych i nieewangelicznych czynów. To też wasze zadanie. Musicie bez utraty suwerenności wewnętrznej zakończyć studia bez względu na to jak potoczą się losy naszego kraju. Potrzebni bowiem będziecie dla Kościoła i Polski jutra. Oto są instrukcje i dyrektywy naszej Jubileuszowej Królowej na nasze obecne, pełne niepokoju i bólu czasy, na dni naszego życia i działania. Jeżeli włączymy te w nasze postanowienia i ślubowania zaraz w nasze powszednie życie, tym samym złożymy Jej najpiękniejsze dziękczynienie i hołd jubileuszowy ponad wszystkie najpiękniejsze kwiaty i słowa. Ale w lęku, by te ślubowania nie stały się jeszcze jednym pakietem makulatury, jakich niemało złożyliśmy na tej Jasnej Górze, z głęboką pokorą już teraz, u progu dalszych spotkań z Tobą, prosimy i błagamy, aby Jezus za Twoim wstawiennictwem mętną wodę naszej słabej woli przemienił w trwałą silę naszej modlitwy i działania, w wyborne wino radości, płynącej ze świadomości, że jesteśmy na dobrej drodze, że walczymy o dobre cele, że posługujemy się dobrą moralną i skuteczną bronią, zapewniającą autentyczne i totalne zwycięstwo. Jednym słowem, że spełniamy Twoje nieomylne instrukcje, wyrażające wolę Twego Syna i Jego Ojca. A taka postawa upoważnia nas bez zbędnych proroctw do wielkiej nadziei i do oczekiwania nowych cudów, ale w kształcie i godzinie, którą określi On sam - Syn Przedwiecznego, Najwyższego i Wszechpotężnego, którego nasza Królowa była pokorną Służebnicą. Amen.
Zesłanie Ducha Świętego
Dzisiaj przeżywamy nie tylko uobecnienie tamtego szczytowego wydarzenia w dziejach naszego Zbawienia, tamtego poszumu wichru i tamtych płomiennych języków. W uroczystość Zesłania Ducha Świętego powinniśmy uświadomić sobie, że przez zesłanie Ducha Świętego odsłania się nam w pewnej mierze w postaci rąbka wielka, zasadnicza Prawda, Wielka Tajemnica bytu i działania Boga. Tylko winniśmy uświadomić sobie, że Bóg jest jedyny w naturze, ale jest troisty w Osobach. Teologowie katoliccy nie bezpodstawnie podkreślają absolutną jedność Pana Boga. Równocześnie jednak przypisują każdej z osób szczególne działanie, szczególne nachylenie na świat. Bogu Ojcu przypisuje się dzieło stworzenia świata, Bogu Synowi przypisuje się dzieło zbawienia i odkupienia człowieka, to co Jezus uczynił, to dzieło drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej. Ale dzisiaj - zapowiedziana przez Jezusa prawda ujawnia się z całą wyrazistością: trzecia Osoba Trójcy Przenajświętszej - Duch Święty, który dokonuje dzieła uświęcenia człowieka a przez niego świata. Skłonni jesteśmy za Apostołami i tą rzeszą, która znalazła się przed nimi w ten poranek Zesłania, widzieć w działaniu Ducha Świętego przede wszystkim dar języków. To wywołało u Apostołów i rzesz zdumienie, podziw i sensację, że mogą mówić obcymi językami. Nie zauważyli tamci - poniekąd uczestnicy, a może po części widzowie - co zaszło we wnętrzu tych ludzi, których nazywano i dziś nazywamy Apostołami, że tam zaszło coś bardzo istotnego, że wnętrza i serca ich uległy istotnej przemianie. Owszem, skłonni jesteśmy idąc za tamtymi wymieniać dzisiaj katalog siedmiu darów Ducha Św. Niektórzy z nas z pewnością na pamięć nawet potrafią, jak za panią matką, czy za katechetą wymienić te dary. Ale winniśmy dzisiaj uświadomić sobie, że było ich znacznie więcej, niż ten stary katalog, że po prostu to był strumień, rzeka, powódź niewyobrażalnych, nieopisanych darów, które ogarnęły serca ludzkie - jeżeli one spełniły pewne podstawowe warunki. A przede wszystkim, że właśnie nastąpiła wewnętrzna, gruntowna, niemalże ontologiczna przemiana tych ludzi. Do niedawna Apostołowie niemało już wiedzieli od Jezusa o Bogu, o człowieku, o kresie człowieka i świata. Niemało słyszeli zasad, wezwań Jezusa. I przyjmowali te prawdy, te zasady i wezwania, ale jakże byli chwiejni, jakże byli słabi. Słyszeli o tym, ale w praktyce daleko im jeszcze było do urzeczywistnienia tego największego przykazania Jezusa. Dopiero teraz, po tym gwałtownym bierzmowaniu, po tej burzy, po tym pożarze w Dniu Zielonych Świątek, wychodzą stamtąd jako inni ludzie, jako ci, którzy rozumieją to, czego Jezus uczył: On was wszystkiego nauczy. I właśnie teraz nauczył, teraz już wyszli z tego paraliżującego lęku. Teraz męstwo ogarnie ich dotychczas słabe serca. Przedtem miłość ich - jak mówiliśmy - była chwiejna, a teraz gotowi są wszystko poświęcić, jako że nie ma większej miłości nad tę, jeżeli ktoś życie oddaje za braci swoich. Apostołowie są gotowi już to czynić i zaczynają iść na spotkanie tej ofiary, tego poświęcenia. Wewnętrzna przemiana. Co prawda nie byli to ludzie w pełni przebóstwieni, byli to jeszcze ludzie kondycji ziemskiej, mieli na sobie i w sobie jeszcze wady, te różne odpryski, słabości, może niezupełnie zabliźnione rany. Ale fundamentalnie byli już inni. Tam nie było już pęknięć takich, które groziłyby dezintegracją, rozbiciem tej bierzmowanej osobowości Apostoła, tych wszystkich, którzy wykąpali się w tym ogniu Zesłania Ducha Świętego. Jeżeli słuchaliście względnie uważnie sekwencji, czyli tego pięknego utworu czytanego przed Ewangelią, to zauważyliście ile autor-poeta wymienia tych elementów przemiany! Ile nazw otrzymuje Duch Święty. Mówi się o tym, że On jest światłem, strumieniem światła. Czytamy o tym, że jest ojcem ubogich, że jest dawcą łask drogich, że jest światłością sumień, że jest najmilszym z gości, że jest samą radością. Że jest słodkim orzeźwieniem, że jest ochłodą w pracy. Że w skwarze jest żywą wodą. Że jest światłością najświętszą, że jest źródłem potęgi słabego człowieka, że jest Tym, który wyrywa ciernie i łagodzi nędzę człowieka. Że jest tą wodą, która obmywa co nie święte, że oschłym wlewa zachętę. Że leczy serca rany. Że nagina to, co harde, że rozgrzewa to co twarde. Że szuka i przywodzi co zbłąkane. Że daje wierzącym siedmiorakie dary (liczniejsze niż siedmiorakie). Daje zasługę męstwa i w końcu wieniec zwycięstwa i zaprowadzi nas do szczęścia bez miary! Wszystko powiedziane o Duchu Świętym? Nie wszystko - to są dary niewymierne, jak niewymierny jest ich Dawca. Teraz zwracamy oczy ku sobie, myślimy: a co z nami? Tyle darów... tyle łask... taka powódź... a my? Często nadal mimo bierzmowania, mimo przeżywania tyle razy tych Zielonych Świąt jesteśmy słabi, lękliwi, często ciemni, a przynajmniej niedouczeni w zakresie prawd naszej wiary. Nadal cierpimy posuchę wewnętrzną, często czołgamy się po ziemi jak płazy. Nadal przeżywamy ogromny deficyt miłości, jesteśmy zimni, czasami aż przerażająco zimni wobec naszych najbliższych. I wobec Pana Boga jesteśmy dość obojętni, przerażająco zimni. Spychamy Jego sprawy i religię do spraw trzeciorzędnych albo i nawet czwartorzędnych... Co z nami jest? Czyżby niebo zostało zamknięte, czyżby Duch Święty przestał działać w Kościele i w nas?... Działa! Nadal działa. Spływają te strumienie nie tylko w Dzień Zielonych Świątek, ale także codziennie, na każdej modlitwie, na każdym spotkaniu z Bogiem, na każdej Mszy św., przy każdym sakramencie świętym. Jeżeli Jezus przekazał Apostołom i kapłanom: Weźmijcie Ducha Świętego, którym grzechy odpuścicie, będą odpuszczone, którym zatrzymacie, będą zatrzymane, to przecież w każdym sakramencie pokuty spotykamy się z działaniem Ducha Świętego. Niebo nie jest zamknięte, tylko widocznie my jesteśmy zamknięci. Nie doceniamy tych wartości, a więc i nie prosimy o nie. Patrzmy, Apostołowie zamknęli się na dziesięciodniowe rekolekcje. Oczekiwali, prosili, jak najbardziej na serio traktowali to, co im Jezus zalecił. A my?... Urządzamy choćby pięciominutowe rekolekcje na modlitwie?... Jesteśmy zamknięci, w ciągłym pośpiechu, aby prędzej, aby prędzej... malutki podatek Panu Bogu i dalej, i dalej... Serca nasze są zamknięte i dlatego tak mało odczuwamy tego powiewu wichru, i tak mało odczuwamy ciepła i gorąca tych ognistych języków. Ojciec Św. Jan Paweł II w ubiegłym roku, w Dniu Zielonych Świątek, powiedział do studentów, że miarą człowieka jest jego niezgłębione serce, gdzie ogromnie dużo przestrzeni i dla człowieka i dla Boga. Ale cóż, jak serce zamkniemy, wtedy te łaski Pana i te promienie spływają jak po skorupie, nie sięgają wnętrza... Skontrolujmy siebie. Uderzmy się w piersi. Przeprośmy i otwórzmy się szeroko dzisiaj na przyjęcie Jego łask i darów na każdy dzień - na każdej modlitwie, przy każdym sakramencie, na każdej Mszy św. A wtedy może nie będziemy przeżywali tych sensacji mówienia obcymi językami. Dzisiaj to jest widocznie niepotrzebne, bo nasi bracia idący do kapłaństwa mają seminarium duchowne i mogą się języków obcych uczyć od profesorów. A my również możemy się uczyć tych języków w różnych okolicznościach. Nam to nie jest konieczne. Ale konieczna jest dla nas miłość! Konieczne jest światło! Konieczna jest silna wiara! Konieczne jest męstwo! I o te dary dziś i codziennie modlić się będziemy.
Homilie pochodzą z archiwalnych maszynopisów Autora
|
![]() |