Kochał piękno przyrody. Obozy wakacyjne organizował zawsze nad morzem. Urzekał go bezmiar morza, a zwłaszcza zachodów słońca, na które starał się uwrażliwiać młodych ludzi. Żeby umożliwić wyjazdy najbiedniejszym, warunki proponował bardzo skromne. Młodzież sama gotowała posiłki. Niejednokrotnie spał z innymi na podłodze, ale zawsze z radością i humorem. Uczył młodzież cieszyć się wszystkim i dzielić się tą radością z innymi. Stałym punktem każdego dnia była Msza święta, kąpiel w morzu, a wieczorem - wspólny spacer połączony z odmawianiem różańca.

Troska o młodzież kazała mu również pomagać w szukaniu mieszkań. Wrocławianie z pełnym zaufaniem zgłaszali mu mieszkania, i to na dogodnych warunkach, których adresy przekazywał młodzieży. Absorbowało to wiele czasu i było niejednokrotnie ryzykowne. A jednak spieszył z taką pomocą.

(ks. bp A. Dyczkowski)

Odkrywałem go jako wspaniałego duszpasterza młodzieży akademickiej, przekonującego kaznodzieję i konferencjonistę oraz rozchwytywanego rekolekcjonistę.

Jako przyjaciel kleryków ks. Rektor chciał, by wyrobili w sobie wiele ważnych cnót niezbędnych do bycia dobrym, a nawet świętym kapłanem. Stawiał na autentyzm i uczciwość, na przejrzystość zachowania. Kiedy miał wątpliwości co do wiarygodności czy subordynacji kleryka, mawiał: „Gdyby tak prześwietlić, co jest w umyśle tego młodego człowieka”. Zleżało mu na zbudowaniu w przyszłych kapłanach mocnego chrześcijańskiego światopoglądu. Dlatego zachęcał ich do dyskusji z księżmi profesorami, do stawiania im pytań. Starał się wpoić swoim wychowankom prawdomówność jako warunek jedności z Panem Bogiem. Kiedy doskwierał im nadmiar ciężkiej pracy fizycznej, mówił do kleryków: „Kochani synowie, kochani synowie, wszędzie można się uświęcić”. Tak tłumaczył zasadę „ora et labora”. Tworzył klimat chrześcijańskiej radości i wdzięczności wobec Pana Boga i drugiego człowieka. Cechowała go cierpliwość, ale umiał okazać niepokój, kiedy kleryk nie dostosowywał się do obowiązującego go regulaminu. Na drodze do kapłaństwa umiał towarzyszyć klerykom przeżywającym różne trudności zawinione i niezawinione. Umiał cieszyć się z nimi ich sukcesami, np. w formacji intelektualnej. Ks. rektor Zienkiewicz wychowanie pojmował jako niesienie alumnowi pomocy do stania się księdzem, jako posag dla przyszłego księdza.

(ks. M. Biskup)

 

To był bardzo solidny pracownik. Proszę zobaczyć, jak głęboko Wujek odczytywał Ewangelię, jak głęboko wnikał w osobę Jezusa Chrystusa. Spójrzmy jeszcze na ten trójwymiarowy przegląd cnót ewangelicznych.

Ubóstwo. Chrystus Pan był radykalnie ubogą istotą. Kropka w kropkę naśladował to Wujek. On nic nie miał i mówił: Wszystko mam, czego mi potrzeba. A jak coś miał, to zaraz wydawał, jak Jezus Chrystus.

Czystość. Jezus był czysty i zachwycał tą swoją wszechstronną czystością każdego człowieka. Musimy sobie powiedzieć, że w człowieku są dwa poziomy czystości, takie miasto naziemne, powierzchniowe i podziemne. I to, o czym mówił Jezus, a Wujek to praktykował i głosił, to czystość wewnętrzna, czystość serca, myśli, pragnień, wyobraźni, czystość uporządkowanych i oczyszczanych uczuć i wszystkich odniesień do drugiej osoby. Nakazywał nam Wujek, aby nie wiązać się z kimkolwiek i z czymkolwiek w sposób oślepiający i szkodliwy. Dlatego był taki wesoły, pełen energii, zawsze młody, mimo wieku, co tak nam imponowało. Bo to był człowiek wolny, czyściutki, kryształowy. Pielęgnował czystość serca. A dopiero pochodną takiej postawy są nasze uczynki, słowa i działania.

Posłuszeństwo. Jezus był heroicznie posłuszny. Gdyby nam ktoś dzisiaj powiedział: Masz w tej chwili ponieść śmierć, czy masz to i to zrobić, to byśmy się zastanawiali - mam dzieci, żonę, wnuki, stanowisko, mam jeszcze tyle do zrobienia. A Jezus był posłuszny Bogu Ojcu. „Moim pokarmem jest czynić wolę Tego, który mnie posłał, Ojca”. I teraz śledźmy postępowanie Wujka. To był człowiek heroicznie posłuszny.

[...]Wujek w rozmowie, posłudze kapłańskiej, we współpracy z innymi, w udzielaniu pomocy był cierpliwy, opanowany, zrównoważony w głosie i w gestach. „Nigdy nie widziałem go zdenerwowanego”. Wyjątkowo szanował godność i wolność człowieka. W każdym widział dobro, nawet w tym najgorszym, i twierdził, że zło można usunąć z człowieka przez miłość.

(ks. W. Róg)

 

Jego zatroskanie o właściwą formację młodzieży dawało się odczuć bardzo mocno. Brakuje słów, aby wyrazić wdzięczność za okazane serce, za poświęcenie czasu na wszystkie moje problemy, jakie wówczas przeżywałam. Nigdy nie mówił, że nie ma czasu, po prostu był i pytał: „W czym, moje dziecko, mogę ci pomóc?” Popatrzył spod okularów i słuchał, a potem z uśmiechem mówił: „No właśnie, i co teraz? - a może...”.

(s. M. Wołodkiewicz)

 

Księdza Aleksandra Zienkiewicza, naszego drogiego Wujka, wspominam jako człowieka, dla którego świat materialny nie posiadał większego znaczenia, traktował go tylko jako coś niezbędnego do życia. Dla niego liczył się człowiek, nie rzeczy. Troska o człowieka była całym jego życiem. Otwarty, życzliwy, zaangażowany, ciepły, rozumiejący młodzież i jej duchowe problemy, stworzył wspaniały „dom” dla wielu studentów przybyłych z różnych stron Polski.

(E. Chabińska)

 

Darzył nas zaufaniem tak dalece, że czasami graniczyło to z naiwnością, ale to zaufanie zobowiązywało i bardziej nas dyscyplinowało. Takie codzienne tchnienie miłości, dobroci, świętości do naszych dusz, umysłów musiało pozostawić trwały ślad.

(M. Chomik)

 

Ksiądz Aleksander Zienkiewicz został katechetą w III Liceum Ogólnokształcącym we Wrocławiu po październikowych zmianach w 1956 roku, zafascynował nas uczniów, żywym przykładem życia według Ewangelii. Stał się dla nas wręcz „idolem”. Kochał nas i zawsze miał czas na rozmowy i dyskusje. Budował w naszych młodych sercach i umysłach fundament wiary, dający gwarancję „radości życia”. Sugestywny sposób przedstawiania praw moralnych powodował, że przyjmowaliśmy je jak aksjomaty: czystość przedmałżeńska, a później wierność przysiędze, widzenie dobra w każdym człowieku, potępienie złego czynu, ale miłosierdzie dla sprawcy itd. Często powtarzane słowa: „Duch tchnie, kędy chce”, „Bez Boga ani do proga” umacniały naszą wiarę i pewność, że człowiek jest w rękach Pana Boga nawet wówczas, gdy po ludzku piętrzą się przed nim problemy lub jest „przygnieciony krzyżem”. Do dzisiaj wiem, dzięki Księdzu, że jeśli Bóg daje krzyż, to daje i siłę do niesienia go. Wszystkie trudne momenty w życiu to okazja „przylgnięcia do krzyża”. Powiedział mi kiedyś, że jak jest mu ciężko, gdy trudne sprawy bliźnich są po ludzku nie do rozwiązania, to zdejmuje ze ściany duży krzyż, przyciska go do piersi, i modląc się, otrzymuje moc. Naśladuję Księdza w ciężkich chwilach, ściskam krzyżyk na szyi i wtedy wraca wiara, „bądź wola Twoja” i przeświadczenie, że to dla mojego dobra i zbawienia.

(A. Czarniecka-Stefańska)

 

Mieszkanie Wujka pozbawione zostało prywatności. Wyłożone książkami, zawsze stało otworem dla nas, młodych. Wysłuchiwał z wielką pokorą naszych zwierzeń, pomagał w rozwiązywaniu problemów, umiał zawsze podsunąć właściwą lekturę. Dzielił się „chlebem” i „niebem”. Każdy wychodził od niego podniesiony na duchu, choćby „miał megadoła”, nabierał wiary, że „Opatrzność czuwa nad niedołęgami”.

(H. Kozłowska)

 

Wujek powtarzał, że nie jesteśmy „byle kim”. Mamy swoją wartość i godność jako ludzie, chrześcijanie. Chciani i kochani przez Boga, jesteśmy Jego dziećmi, „Dziećmi Wielkiego Króla”, jak nieraz z mocą podkreślał. To ma być naszą radością, nadzieją, siłą, ale także zobowiązaniem. Z takiego podejścia wynikał szacunek Wujka dla każdego i widzenie drugiego w całym bogactwem jego niepowtarzalności i oryginalności.

(br. K.Dmitrzak)

 

Kochał młodzież i myśmy go kochali. Miał niezwykły dar trafiania do ludzkich serc, ludzie lgnęli do niego. [...] Pragnął nam przybliżyć Boga, nauczyć żyć aktywnie, twórczo, radośnie i cieszyć się pełnią życia, a jednocześnie umieć swoje trudne sprawy rozwiązywać w oparciu o dekalog. [...] Wujek uczył nas mądrości i radości życia. Uczył kochać Boga i człowieka. Za wszystko, co robił, niech będzie błogosławiony!

(J. Gołębiowska)

 

Ksiądz prałat Aleksander Zienkiewicz był dla mnie człowiekiem wewnętrznego pokoju. Nosił go w sercu, w sobie. Odczuwałem ten pokój w całym jego zachowaniu. Spokojnie przeżywał swoją starość i słabość. Były to przecież ostatnie lata jego pracy i życia. Nie tracił cierpliwości. Nigdy nie narzekał. Nie słyszałem, żeby się skarżył, chociaż czuł, że opuszczają go siły. Kiedy widział, że nie może sobie sam poradzić, przyjmował pomoc od innych z pokorą. Nie prosił o pomoc przy wkładaniu czy zdejmowaniu szat liturgicznych w zakrystii, chociaż czynności te sprawiały mu kłopoty. Może był nieśmiały? Ale zawsze okazywał wdzięczność za każdą okazaną sobie pomoc. Dziękował także za wspólną koncelebrę Mszy świętej, kiedy nie miał już siły przewodniczyć w świętej liturgii. [...] Kościół akademicki, duszpasterstwo akademickie, środowisko akademickie - to był jego świat. O nim myślał i mówił. Jemu chciał służyć do końca. Kiedy dzisiaj o tym wspominam, przychodzą mi na myśl słowa Pana Jezusa z przypowieści o talentach: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię; wejdź do radości twego Pana”. Sługa dobry i wierny - takim właśnie był ks. prałat Zienkiewicz, z którym dane mi było współpracować w duszpasterstwie akademickim przez ostatnie trzy lata jego posługiwania. Był dobry i wierny do końca.

(ks. W. Wołyniec)

 

Ks. Zienkiewicz posiadał wielki dar zjednywania sobie ludzi okazywanym im ogromnym zaufaniem, bezgranicznym zawierzeniem Bogu oraz głęboką pobożnością i wielką mądrością. "Miłość, kochani, miłość to nie jest wpatrywanie się w siebie, ale wspólne patrzenie w jednym kierunku" - brzmiało jedno z jego znanych powiedzeń.

(W. Leszczyński)

 

Szalenie przejrzysty człowiek. W nim nie było nic z poczucia złości na tych, którzy mu utrudniali czy wprost uniemożliwiali realizowanie posługi wśród młodzieży, na tych, którzy mu źle czynili. On był nastawiony na pracę pozytywną. Był szalenie pogodny, radosny. Dla mnie szczególnie ważna była jego postawa w czasach euforii wybuchu "Solidarności" w roku 1980. Patrzył mądrze: uradowany i zatroskany. To wynikało z jego głębokiego przekonania, że metoda kłamstwa i nienawiści ma krótkie nogi. To bardzo umacniało młodych, którzy go otaczali.

(Ks. A. Dziełak)

 

Wujek służył nam stale od początku ze stałą cierpliwością i serdecznością. W sytuacjach, które wydawały nam się najgorsze stwierdzał spokojnie to dobrze moja droga, to doskonale bo... i tu ukazywał drogę wyjścia, światełko, możliwość. Rozumiał, że jeśli ktoś wie już, co było złe - potrzeba mu tylko pomocy i pociechy. Nieraz, idąc do Niego po radę myślałam - Wujek i tak na pewno powie "to dobrze, bo..." Bo co? I sama znajdowałam wyjście.

Nawet nie wiem, jak i kiedy nauczyłam się od Niego tego pozytywnego myślenia. Tego pełnego miłości i radości spojrzenia na świat.

(A. Pilch)

 

Uwrażliwiał nasze sumienia, uczył miłości Boga i bliźniego, zachęcał do stałej, systematycznej pracy nad sobą. Uczył wytrwałości i wierności przez modlitwę. Stawiał wymagania i był stanowczy, jeśli chodzi o przestrzeganie przykazań. Ileż to razy słyszałam: Dokonawszy wyboru na zawsze, codziennie wybierać muszę; albo: Jezus nie obiecał nam szczęścia tutaj, tu Jezus obiecywał nam tylko krzyż. To, o czym mówił, potwierdzał swoim życiem. Był dla mnie wzorem chrześcijanina, kapłana, przemawiał swoim życiem. Był tak zakochany w Bogu, że tylko ślepiec mógłby tego nie widzieć.

[...] Uczył nas miłowania człowieka, Ojczyzny. Któż z nas nie pamięta tak często powtarzanego przez niego hasła: "Uwaga, człowiek!". Albo "Człowiek to brzmi dumnie", "Człowiek przez duże C".

(M. Oszmiańska)

 

Wytrwale, przez dziesięciolecia budował światopogląd, tworzył system wartości wielu pokoleń młodych ludzi. "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"- powiedział przed wiekami ksiądz Stanisław Staszic i te słowa, obok Ewangelii, wytyczyły kierunek pracy wychowawczej Księdza Zienkiewicza. "Bóg, honor, ojczyzna" - w Jego ustach brzmiało prawdziwie, wierzyliśmy jak we wszystko, co mówił człowiek, który idąc przez życie, wycisnął na Ziemi ślady widoczne z Nieba.

(J. Partyka)

 

Wiele cech Wujka sprawiało, iż szliśmy za nim. Bardzo znamienne było to, że każdy z nas mógł być sobą. Wszystko jedno, jakim kto był, Wujek nie przekreślał nigdy nikogo. Często żartując pokazywał zło po to, abyśmy zwrócili uwagę na nasze wady i błędy, czynił to tak, że nikt nie poczuł się dotknięty, ale co trzeba, zrozumiał.

(H. Bartnicka-Pytka)

 

Drodzy mu byli wszyscy. Zainteresowaniem i miłością ogarniał nie tylko tych, z którymi pracował od lat, znał ich i cenił. Z radością witał każdego, kto po raz pierwszy pojawiał się pod "Czwórką". Nikt "nowy" nie pozostawał przez Wujka nie zauważony. W zatłoczonym po konferencjach korytarzu najpierw podchodził do nowicjuszy, pytał o imię, kierunek studiów, zamieniał kilka słów. Uczył nas tego samego. Prosił, byśmy i my opiekowali się nowo przybyłymi. "Niech nikt - powtarzał - nie czuje się obco między nami". Dzięki temu, od pierwszej chwili każdy "nowy" czuł się u siebie; wiedział, że trafił pod właściwy adres.

Wujek bardzo prawdziwie przeżywał swoje kapłaństwo; nigdy nie żałował czasu dla potrzebujących duchowej pomocy. Umiał służyć.

(J. Lubieniecka)

 

...Wujek - dusza "Czwórki" - starał się zawsze każdego zauważyć, skinąć mu głową, spojrzeć bystro znad okularów: "Tak, kochany, tak, dobrze żeś przyszedł" - i mocny uścisk ręki. Czuliśmy się potrzebni i ważni. Czuliśmy się dobrymi chrześcijanami. Potrafił i skarcić nas dla naszego dobra, aleśmy się go nic a nic nie bali...

(Z. Tadla)

 

Imponował mi niemal rozrzutną gotowością poświęcania czasu każdemu, kto tylko po tę jedyną jego majętność wyciągał potrzebującą rękę. Nasze tysięczne problemy, z jakimi bez zdroworozsądkowej selekcji ciągle Wujka nachodziliśmy, powinny były nudzić go, a nawet irytować. Tymczasem Wujek o żadnej z owych małych spraw pochopnie nie pomyślał: głupstwo. I rozdawał się młodzieży bardzo hojnie.

(M. Lubieniecka)

 

[...] Do Wuja szło się ze wszystkimi sprawami: wypracowanie z języka polskiego... po matematykę, historia, filozofia i etyka i sprawy intymne, osobiste, z którymi nie zawsze można sobie poradzić i Sprawy ostateczne - te, które decydują o tym, że jesteśmy ludźmi - przynajmniej w naszym odczuciu, Jego uczniów... Z uśmiechem, głęboką troską czającą się w oczach i często z cierpieniem, jeżeli ktoś z nas "wyłożył się" na tzw. drodze życia. Ile sił i hartu i niezłomnej woli, by wszystkiemu podołać. Ile wyrzeczeń, bardzo osobistych, byle tylko być z umiłowaną młodzieżą. Stałe spalanie się niczym ofiarny stos i niepokój..., że trzeba więcej, szybciej, lepiej, że w służbie Najwyższego nie ma miejsca na "przestoje". "Służba" - pojecie wynikające z najszlachetniejszych pobudek. Miłość do Boga. Miłość do Polski, tej konkretnej, w której żyjemy - z jej troskami i niepokojami i miłość do każdego człowieka. Mieliśmy dużo szczęścia w życiu, trafiając na Wuja....

(J. Radłowski)