Pierwsze hasło - słowo naszego tematu "prawo" jest kierowane do władzy świeckiej, do tych, którzy mają władzę w społeczeństwie i państwie.

Drugie słowo-hasło "obowiązek" jest kierowane do rodziców, duszpasterzy, wychowawców i katechetów.

Rozważmy te hasła nie na płaszczyźnie dogmatycznej, ale historycznej, nie na płaszczyźnie teologii moralnej, ale ascetycznej.

Ascetyka to jest nauka o "praksis" chrześcijańskiej, o praktyce dążenia do doskonałości wprost i przez doskonalenie wykonywania naszych obowiązków i pracy. Główny akcent położony będzie na konfrontacji jak być powinno - jak jest. Co należy uczynić? - rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy. Nie trzeba sięgać do dokumentów, do Ojców Kościoła czy ekhortacji, czy wezwań chociażby ostatnich papieży.

Na tej płaszczyźnie wystarczy jedno, dwa uzasadnienia:

Jezus od nas tego wymaga, chce - "Idźcie i nauczajcie wszystkie narody chrzcząc je i ucząc zachowywać tego, czego was uczyłem". To jest właśnie ewangelizacja w nowym języku, to jest katecheza w nowym języku lub po prostu duszpasterstwo, wychowanie religijne. Takie uzasadnienie wystarczy; można znaleźć drugie bardziej organiczne uzasadnienie:
Miłość - jeżeli kochamy Jezusa, jeżeli kochamy te wartości, które nam przyniósł i religię naszą, to jest zwykła konsekwencja.
Będziemy się starali te wartości ukazać i przekazać naszym braciom najmłodszym, młodszym i starszym. Ukazywać i przekazywać. To jest właściwie funkcja miłości człowieka, kapłana-katechety, który kocha Jezusa, przeżywa, ceni i widzi te wartości. Nie trzeba poganiać. Wystarczy tylko skonfrontować - to jest wartość! Najwyższa wartość a więc święty i radosny obowiązek. Nie formalny i legalny - tylko radosny obowiązek.

Otóż chcę się tymi wartościami podzielić, ukazać, razem przeżyć.

Nasuwa się pytanie, czy te wezwania-hasła są aktualne dzisiaj?

Wezwanie do władz zachowuje niewątpliwie aktualność.

Nie przeszkadzajcie nam spełniać naszej podstawowej misji, podstawowego zadania, nie utrudniajcie a zwłaszcza nie prześladujcie! A i u nas były kiedyś prześladowania. Księża mojego wieku wiedzą, że w czasach stalinowskich tak było. Za nauczanie religii wzywano przed władzę świecką i straszono. Usiłowano oderwać kapłanów różnymi sposobami od tej podstawowej misji, a w ościennych krajach do dziś dnia jeszcze noc głucha, łamanie podstawowych praw człowieka i właśnie tego prawa do katechizacji, do ewangelizacji. Walczą nasi bracia, cierpią w więzieniach, ale powoli, dzięki cierpieniom, więzieniom, dzięki modlitwie i nadziei jednak trochę rozluźniają się te żelazne kleszcze, tak jak i nam Pan rozluźnił, może nie za darmo, bo wielu ze starszych księży przecierpiało niemało. Trzeba było odwagi i pewnego ryzyka, żeby w Urzędzie Wyznań czy Bezpieczeństwa powiedzieć: Kogo mam słuchać? was czy Boga, jak św. Piotr. Choćbyście straszyli, utrudniali, choćbyście do więzienia pakowali, to jest moja misja, ja stracę swoją tożsamość jako kapłan, jeżeli będę milczał. Wypuście stąd zza tych krat, znów będę to samo robił. Znamy skalę niemal heroiczną, szczególnie braci na Wschodzie. Znamy lub słyszeliśmy lub czytaliśmy wspomnienia świetlanej postaci śp. ks. Władysława Bukowińskiego - kilka razy przyjeżdżał do kraju. Opowiadał jak go wzywano i mówiono: zaprzestań tego, bo będziesz siedział. Odpowiadał: dobrze, będę siedział ale jak wypuścicie znowu będę robił to samo. Jeżeli nie pozwolicie we dnie, to będę robił to w nocy. I tak robił. Spowiadał, w nocy odprawiał Mszę Świętą apostołując w tym rozległym terenie Kazachstanu, Uzbekistanu, Turkiestanu aż sięgał pod Afganistan.

Czy aktualne jest w stosunku do duszpasterzy, rodziców i wychowawców hasło "obowiązek"?

Czy warto przypomnieć bez przesady największy obok składania Najświętszej Ofiary, obok sprawowania sakramentów, obowiązek religii naszej? Drodzy przyjaciele, czy wykorzystujemy te szanse, możliwości, które Bóg nam stworzył? Powtarzam: nie za darmo. Może dzięki cierpieniom starszych i mniej starszych naszych braci kapłanów. Czy wykorzystujemy te szanse, te możliwości? - Otóż wszyscy powiemy: nie! nie! W każdym razie nie wszystkie, o wiele za mało. Bywa tak dalece za mało, że nasi niektórzy bracia kapłani mówią, że więcej szkody przynoszą niektórzy zaniedbujący kapłani niż nawet ateiści przez swoje dosyć inteligentne, z ateistycznego punktu widzenia - posunięcia. Nie wykorzystujemy, wiadomo - to trud, to wymaga cierpliwości, a nasze niższe prymitywne instynkty bronią się przed trudem, przed cierpliwością. Budzą się dynamizmy obronne: jak najmniej trudu, niepokoju, jak najwięcej swobody i wygody! No, to ulegamy wezwaniu tych prymitywnych instynktów i dużo mamy na sumieniu. Skłonni jesteśmy dzieci współczesne epatować słowem przekreślającym: "rozwydrzone diabły', nie poradzę sobie. Dobrze, jeśli one nie są w pełni "diabły", to naszym zadaniem jest jakoś radzić albo nawet zastosować jakieś "egzorcyzmy". Mówimy: "zepsuta młodzież". Mój Boże, przecież żaden z apostołów, żaden z misjonarzy nie otrzymuje ludzi czy młodzieży bardzo dobrych, świętych. Właśnie idą do nas zepsuci. Jesteśmy posłani do zepsutych. Nie przyszedłem do sprawiedliwych, ale do tych grzeszników, celników - mówi Jezus.

Drodzy przyjaciele, skłonni jesteśmy w tym zderzeniu z trudem stosować inne, bardziej szlachetne usprawiedliwienia. Buduję kościół, potrzebny cement, żebrzę, trzeba wyjechać. Dzieci przychodzą na katechizację - księdza nie ma, pojechał po cement. Głowę chylimy przed ofiarą, trudem naszych braci budujących kościoły, plebanie, sale katechetyczne czy nawet ogradzających cmentarze. Chylimy głowę, wiemy, co to jest! Ale uwaga na szalę! Dzieci przychodzą i nie znajdują nikogo! Rozchodzą się albo wrzeszczą i następuje rozprzężenie porządku uczęszczania na katechezę. Warto się nad tym zastanowić. Albo co gorsze, zbywamy lub lekceważymy: więc niepunktualność, dzieci długo czekają - krzyczą, wrzeszczą, biegają, rozpraszają się. Bywa opuszczanie katechezy także z innych względów - to rozprzęga. Albo katechezy nudne - źle przygotowane. Nie korzystam tu z informacji księży wizytatorów, ale - i sam nie bez winy zresztą, bo mam na sumieniu i w przeszłości i w teraźniejszości - ale słyszę przez okno, jak duszpasterz prowadzi katechezę i myślę sobie, że sam bym nie wytrzymał - nuda! Czasem gazety czyta, czasem coś opowiada, czasem przekomarzanie jakieś - nuda! Nudne przeźrocza, czasem urozmaicone filmem - to nie zastąpi katechezy, to jest łatwizna. Przepraszam, czasem to może być ilustracja, ale nie zastąpi ona treści przekazywanej ustnie - ekhortacji, jak dawniej mówiono - zastosowanie praktyczne, a dzisiaj się mówi: odpowiedź na wezwanie Pana albo wezwanie do odpowiedniego zachowania się. I piosenki też nie zastąpią katechezy. Można i trzeba uczyć piosenek. I na początku, i na końcu a nawet w środku lekcji, ale nie zastąpią one katechezy. Dalej, skłonni jesteśmy do formalizmu, może jeszcze szerzej - do przyjmowania, do opiekowania się większymi gromadami, nawet tłumem, ale gdy nagle zjawi się jeden, jedna - późno, nie we właściwym czasie, skłonni jesteśmy skrzyczeć, złajać i drzwi zamknąć. "Przyjdź od początku roku, kiedy się to wszystko zaczyna a nie teraz!" Boże mój! Misjonarze szukają w buszu afrykańskim jednej, zagubionej owcy, jak Jezus to czynił....

Karol de Foucauld zbudował w Tamanrasset, w tej jałowej oazie na pustyni kościół, lepiankę-plebanię, pragnął nawracać muzułmanów. Czcigodni księża znają ten życiorys krwawy. Wreszcie po paru latach przyszedł jeden katechumen, pobył parę miesięcy, ukradł budzik i parę drobiazgów, które są niezbędne na pustyni - i poszedł. Ojciec Karol de Foucauld został sam, ale nie zwątpił, czekał w cierpliwości. Nie doczekał za swego życia na ziemi, bo w 1916 roku banda Tuaregów napadła na tę lepiankę-plebanię. Wytaszczyli z tej lepianki, zamordowali. Papiery jego rozsypali na piasku pustyni. Zdawałoby się - klęska beznadziejna, gorsza jak na krzyżu, a tymczasem dzisiaj kwiaty Karola de Foucaulda rosną na pustyni. Pustynia kwitnie, nie w tym optymalnym wymiarze, ale kwitnie. Wszystkie pustynie na całym globie ziemskim - mali bracia, małe siostry już się rozpowszechniają. A my skłonni jesteśmy wciąż widzieć tłum, wielu. A jak jeden przychodzi - nie widzimy. Rozumiem trudności, jestem jednym z was. Oto i dzisiaj, gdy miałem odmawiać brewiarz, przychodzi para studentów. Kurs przedmałżeński ma się właściwie ku końcowi, i teraz przychodzą. Odruch: złajać, zamknąć drzwi, nie słyszeliście? Kiedy przychodzicie? Won!

Te prymitywne instynkty zagrały, ale potem myślę: Jezu, jak Ty byś postąpił? Zamknę drzwi przed nimi, będą chodzić tu i tam. W końcu gdzieś wyjęczą, to jakieś "pół zaświadczenie". Wreszcie pójdą do sakramentu małżeństwa zgorzkniali, zirytowani, zmiażdżeni niefortunnym spotkaniem, z tym księdzem. Z tą goryczą, niechęcią pójdą do sakramentu małżeństwa, potem w dalsze życie. Nie! Poświęciłem te pół godziny czasu i powiedziałem: weźmy ołówek do ręki i pomyślmy, co możemy zrobić, żebyście mogli w końcu czerwca zawrzeć sakrament małżeństwa. Panie, Tyś mi dał tę myśl. Nie z własnej inwencji. Ale zdaje mi się, że tu trzeba szukać w naszych warunkach i w naszych czasach podejścia do człowieka, do młodzieży, do dziecka. Nie formalizm, nie drzwi zamknięte, spóźniłeś się, won! Oczywiście, musimy pewne zasady i wymogi stawiać, na płaszczyźnie duszpasterskiej z ambon mówić, przypominać, ogłaszać, informować, ale jeżeli przyjdzie ktoś, nie możemy odrzucić, choć mamy skłonność.

Niejeden może odszedł od pustego konfesjonału, niejeden i niejedna może odeszła od zamkniętej salki katechetycznej i już może nigdy nie wrócą! Jezus powiedział: "Biada dla gorszycieli" - a jesteśmy wtedy gorszycielami, jesteśmy odpowiedzialni.

Nie mówmy przed Mszą św. - nie mam z czego się spowiadać i nie pozwólmy, żeby potokiem, ciurkiem leciały te słowa: "Moja wina, moja wina, przepraszam za wszystkie moje zaniedbania" - żebyśmy byli obecni w tym przeżywaniu. Poczucie winy nie powinno nas prowadzić do kompleksu, do zniechęcenia, do pesymizmu - nigdy! Bo miłosierdzie Jego ponad nami i w nas, ale żebyśmy się poczuwali do winy i żebyśmy dokonali rachunek sumienia wobec Pana spokojnie, bez irytacji, bez niepokoju.

Jeśliśmy winni - to poprośmy Go o światło, o moc - zwłaszcza my, starsi, których duch ochoczy, ale ciało już mdłe. Żebyśmy mogli uczynić, jeżeli nie wszystko, to przynajmniej wiele z tego co możemy. A wiele jeszcze możemy.

Jeszcze jedna mała uwaga. Moi kochani, przestańmy wciąż mówić rodzicom o odpowiedzialności, bo słyszę że nie bardzo chcą chodzić na te spotkania duszpasterskie: miesięczne czy dwumiesięczne. "Bo ksiądz w kółko i wciąż o odpowiedzialności: Wy jesteście odpowiedzialni..." Wśród tych, którzy przyszli, są może dwie osoby a może żadna nieodpowiedzialna i wtedy właściwie pod jakim adresem są kierowane nasze katechezy, nasze ekhortacje? - i znów czas zmarnowany, niewykorzystana szansa.

Powinniśmy znaleźć się wśród nich jako pomocnicy, jako doradcy. Kochani poradźmy wspólnie, ustawmy hierarchię wartości: co mniej ważne, co ważne, co najważniejsze. Jeżeli do was ktoś by wciąż mówił o odpowiedzialności ... - w końcu uodpornilibyście się na to hasło, zamkniemy, nie będziecie go zgoła przyjmować. Resztę niech dopowie Duch Święty nam i my sami w dobrej woli, w modlitwach i rozważaniach dnia dzisiejszego.

Konferencja rejonowa księży-katechetów 22 V 1980 r. we Wrocławiu
Tekst został odtworzony z nagrania magnetofonowego